Wyprawy i inne 2009



 

VI Zimowy Spływ Wisłą z Dęblina do Warszawy (117,6 km) (2009-02-21 - 2009-02-22)


Członkowie wyprawy:
- Wojtek Chyczewski (WCh)
- Tomasz Hajduk (TH)
- Milimetr Bąk (MB)
- Marek Stępień (Ślimak)
- Marek Mazur (MM)
- Marcin Chodorowski (MC)
oraz: Asia , Tomek, Tolga - Tolek, Darek i Paweł


Serdecznie dziękujemy za objęcie Spływu Patronatem Honorowym:


Góra Kalwaria Łomianki Dęblin Kozienice Puławy
Góra Kalwaria Łomianki Dęblin Kozienice Puławy
Woj Mazowieckie wtw      
Urząd Marszałkowski
woj. Mazowieckiego
WTW      


Kiedy Marcin ogłaszał organizację zimowego spływu Wisłą grupy KiM, pogoda była wiosenna. Natomiast bliżej 19 lutego 2009r., prognozy pogody stawały się mniej optymistyczne.
Nie kryję, że kiedy na początku wyprawowego tygodnia, temperatura w ciągu dnia zeszła poniżej zera, zacząłem się niepokoić i sprawdzać co widać na Wiśle.
W pamięci miałem niedawną przygodę wędkarzy w rejonie Łomianek, których z lodowej opresji musiał ratować śmigłowiec.
Mimo moich obaw, powierzchnia wody była ciągle nienagannie czysta i nawet w czwartek, kiedy zadzwoniłem do Wojtka, który dzień wcześniej niż pozostali uczestnicy, rozpoczął samotnie spływ w Kazimierzu Dolnym, usłyszałem: rzeka jest czysta, świeci słońce i jest cudownie. Poinformował mnie także, że zbliża się do Dęblina i będzie biwakował kilkanaście kilometrów poniżej naszego noclegu w Miejskim Domu Kultury w Dęblinie – przesyłamy serdecznie podziękowania dla Pani Dyrektor MDK i Urzędu Miasta.
Wojtek, od przeszło pięćdziesięciu lat zakochany w Wiśle, był pomysłodawcą zimowych, kilkudniowych wypraw, w których dodatkową atrakcją jest biwakowanie na śniegu w namiotach.
W sobotę z Dęblina wystartowało pozostałe 10 osób. Trzeba tutaj dodać, że dzięki Asi spływ nasz miał skład mieszany a dzięki udziałowi Tolgi z Turcji (spolszczyliśmy jego imię na Tolek) miał również charakter międzynarodowy.
Na Wiśle powitała nas tzw. zimna mgła i śryż. Widoczność była ograniczona miejscami do 50 metrów, często nie było widać żadnego z brzegów i jedynie płynący śryż wskazywał nam gdzie znajdował się nurt rzeki. Biorąc pod uwagę warunki panujące na Wiśle, podzieliśmy się na trzy grupy, które utrzymywały ze sobą stałą łączność za pośrednictwem krótkofalówek.
Męczyliśmy się tak ze trzy godziny, aż mgły ustąpiły i płynęło się łatwiej. Niestety, tempo wskazywało, że nie mamy szans na dopłynięcie do ubiegłorocznego biwaku na wyspie koło Szymonowic. Humor poprawił nam się w rejonie elektrowni w Świerżach Górnych, gdzie śryż stopniowo znikł. Sprawiły to ciepłe wody z elektrowni.
Około godziny 15.30 poprosiliśmy, płynącego przed nami Wojtka, żeby wyszukał dogodny biwak. Wojtek znalazł intymny biwak na Kępie Dębowej, nad kanałem płynącym pomiędzy dwiema wyspami. Nie muszę dodawać, że urodę biwaku dodatkowo upiększyło, następnego dnia, poranne słonce wychodzące zza oszronionych i zamglonych nadbrzeżnych drzew. To był naprawdę piękny widok.
Na biwaku wyróżniły się dwie szkoły biwakowe: namioty tradycyjne i tipi, z rurą piecyka wystającą u góry oraz składanymi łóżkami w środku. Ci z namiotów tradycyjnych mieli niską temperaturę wnętrza i stały komfort termiczny, przy czym w strojach nocnych dominowała szkoła cebulkowa. W tipi było gorąco, dopóki starczyło samodyscypliny w dokładaniu do pieca. Nad ranem temperatura w tipi zrównała się z temperaturą otoczenia, a termometr wykazał kategorycznie, że było minus 16,50C.
Gotowano na gazie, choć bardziej efektywne było ognisko rozpalone przez Wojtka.
Gotowanie było niezbędne, bo większość uczestników, biorąc pod uwagę ujemną temperaturę, przygotowywała ciepły posiłek na drogę w termosach.
Tradycyjnie już wystartowaliśmy o godzinie dziewiątej, z wyjątkiem Wojtka. Nie mogąc zdzierżyć naszej powolności, Wojtek zszedł na wodę już o ósmej.
Poranne pływanie w niedzielę było znacznie przyjemniejsze niż w sobotę.
Od góry dopieszczało nas słońce, nie było mgły, a płynący śryż trzymał się nurtu płynącego głównie przy brzegu. Wysoki stan wody umożliwiał płynięcie środkiem rzeki i utrzymanie tempa na poziomie 10 km/godz., umożliwiającego nadrobienie sobotnich opóźnień. Niektórzy pływali na skróty co było powodem późniejszej dyskusji w gronie uczestników, bo ich GPS pokazał, że przepłynęli tylko 113 km, kiedy według przewodnika miało być 117,6 km.
Aby dopłynąć do przystani WTW w Warszawie przed zapadnięciem zmroku, zdecydowaliśmy się tylko na jedną przerwę w Górze Kalwarii. Ponieważ byliśmy monitorowani przez bardzo przyjaźnie nastawionych Policjantów z Komisariatu Rzecznego w Warszawie, po dopłynięciu do maty poinformowaliśmy dyżurnego o szczęśliwym zakończeniu naszego spływu.
Na brzegu skończyły się przyjemności. Wyciąganie pełnego kajaka, w kopnym śniegu, na stromy wał wiślany było prawdziwym wysiłkiem.
Sądząc po gorącej atmosferze dyskusji w wewnętrznej poczcie grupy KiM, w przyszłym roku liczb uczestników powinna się podwoić.
 

Marek Mazur

 

PS Zapraszamy również do zapoznania się z relacjami umieszczonymi przez naszych kolegów:
Opis i relacja zdjęciowa przygotowana przez Milimetra znajduje się tutaj.
Opis i relacja zdjęciowa przygotowana przez Ślimaka znajduje się tutaj

 

Autorzy zdjęć: Darek Kamiński, Marcin Chodorowski, Marek Mazur, Tolga Ay, Tomasz Hajduk