Wyprawy i inne



 

Spływ Trzech Króli (2015-01-03 - 2015-01-06)


Członkowie wyprawy:
- Wojtek Chyczewski (WCh)
- Milimetr Bąk (MB)
- Mikołaj Józefowicz (MJ)
- Marek Mazur (MM)
- Artur Michalski (AMi)
- Agnieszka Uklańska(AU)
oraz: Grupa KUM KUM


W okresie przygotowania spływu dominowały opinie „pojadę jak będzie śnieg”.
Kiedy termin wyjazdu był tuż, tuż i temperatura na południu Polski gwałtownie spadła, pojawił się nowy problem: czy Wisła w czasie spływu będzie wolna od lodu? Skróciliśmy nawet trasę z Józefowa do Kazimierza Dln., po czym przygotowaliśmy wariant rezerwowy spływu Pilicą z Tomaszowa Mazowieckiego.
Sytuację na Wiśle w Puławach na bieżąco oceniali nam nasi przyjaciele Andrzej (www.naszlakuwkajaku.pl) oraz Mariusz z Klubu Wiślanie, który gościł nas rok temu w przystani klubowej.
W przeddzień rozpoczęcia spływu dostaliśmy z Puław sygnał Wisła jest czysta i żaden z czwórki uczestników spływu nie miał wątpliwości, którą rzeką należy płynąć.
Na start w sobotę Witek Batte dowiózł nas do Janowca, skąd wystartowaliśmy o godz. 11.30.
Na główce koło zaprzyjaźnionej przystani w Puławach czekali na nas Andrzej i Mariusz, którzy wręczyli nam prezent rozgrzewkowy. Szybko popłynęliśmy dalej mając świadomość, że koło godz. 15 trzeba się już rozglądać za biwakiem. Wkrótce zaczęło solidnie wiać a niektóre podmuchy próbowały wyrwać nam wiosła z rąk.
Pierwszy biwak rozłożyliśmy na kępie położonej naprzeciwko miejscowości Gołąb. Przy okazji rozbijania namiotów aura dała nam znać o sobie, zrzucając do Wisły jeszcze nie zamocowany do podłoża namiot.
W niedzielę wystartowaliśmy o godz. 9, przy czym Artur, który miał ochotę dopłynąć do Warszawy w trzy dni, wyrwał samotnie do przodu.
Na prostym odcinku rzeki przed mostami w Dęblinie zaczęło solidnie wiać. Mikołaj popłynął przy lewym brzegu, udało mu się przecisnąć za ławicami i znikł nam z oczu.  Ja z Wojtkiem popłynęliśmy tradycyjnie, trochę na prawo od osi rzeki. Przy przejściu w kierunku lewego brzegu poczuliśmy siłę wiatru, to już była walka o każde pół metra odległości.
Po dopłynięciu do łachy ciągnącej się wzdłuż lewego brzegu w rejonie miejscowości Zbyczyn, postanowiliśmy zaryzykować przepłynięcie tą płytką odnogą, co dało nam chwilę spokoju i umożliwiło zjedzenie drugiego śniadanka. Tutaj dopłynął do nas Mikołaj, który nie mogąc się doczekać nas na głównym nurcie Wisły, dobrze wyczuł nasze intencje.
Po wypłynięciu na główny nurt zaczęła się już walka z żywiołem. Duże fale atakowały nas cały czas i nie można było sobie pozwolić na dekoncentrację. W pewnej chwili zauważyłem Mikołaja zawieszonego na szczycie fali. W innym momencie Wojtek poinformował mnie, że przed chwilą płynąłem z falą z wynurzoną połową kajaka.
Trawersując do lewego brzegu Wisły zauważyliśmy na prawym brzegu osobę przy ognisku, ubraną w kurtkę podobną do ubrania Artura. Jak ustaliliśmy w trakcie późniejszej rozmowy telefonicznej, kajak Artura był przytapiany z powodu wady konstrukcyjnej fartucha przepuszczającego wodę do środka kajaka i w efekcie Artur został zmuszony do przerwania sztormowania fal oraz założenia biwaku w miejscu postoju.
Próbując zrealizować dzienny plan, wiosłowaliśmy solidnie, przeżywając kolejne uderzenia wiatru na krzyżówce szlaków wodnych przy Wólce Wólczańskiej i za kościołem we Wróblach Wargocinie. Około godz. 15.30 dopłynęliśmy do zalesionej wyspy zlokalizowanej na wschodnim brzegu, na początku prostego odcinka prowadzącego do Elektrowni Kozienice. Przepłynęliśmy 40km, czyli o około 8 km mniej niż planowaliśmy.
Tego wieczora zaczęło lekko sypać grudkami miękkiego śniegu ale nie przeszkodziło to w długim celebrowaniu ogniska rozpalonego w głębokim leju. Trzeba tutaj dodać, że mimo nieprzyjaznej pogody, drewno na wyspach było suchutkie i dostępne w dużych ilościach.
W poniedziałek zaplanowaliśmy wcześniejszą pobudkę aby wypłynąć wcześniej, ale ku zdenerwowaniu Wojtka, który zawsze jest pierwszy na wodzie, to wcześniej było tylko 8 minut przed godziną 9. Namioty zwijaliśmy już ze szronem na wierzchu.
Tego dnia pokazywało się słońce i wiał przeciwny wiatr ale nie było takich huraganowych podmuchów jak dnia poprzedniego. Trzeba było solidnie pracować ale prędkość podróżna była wyższa o 1 do 2 kilometrów na godzinę od średniej 7 kilometrów z poprzedniego dnia.
Rozluźnieni przepłynęliśmy łachą schowaną za wysepkami od strony Magnuszewa, po czym ominęliśmy dwie główki i wybraliśmy skrót przy lewym brzegu.
W rejonie linii wysokiego napięcia przed ujściem Pilicy spotkaliśmy grupę towarzysko-kajakową „Kum Kum” z Ropuchem, Agnieszką i Milimetrem. Grupa ta wystartowała z Warki i byliśmy umówieni na wspólny biwak na Kępie Radwankowskiej, ale poprzedniego wieczoru uprzedziłem Ropucha, że możemy nie dopłynąć do planowanego biwaku. W efekcie koledzy postanowili wypłynąć nam naprzeciw.
Wspólny biwak rozbiliśmy na wyspie koło Wysoczyna. Dopłynął tam do nas Artur, który dzień na rzece rozpoczął o godzinie 8. Wrażenie na mnie zrobiły: conajmniej litr wody wylany z jego szczelnych spodni kajakowych i tak ze 30 litrów wody w kajaku.
Dopłynął także Titek, który tego dnia realizował program indywidualny, rozpoczynając spływ w Brzózie na Radomce.
Ognisko z udziałem 13 kajakarzy trwało długo, na koniec tradycyjnie Artur zakopał pod popiołem karkówkę na świąteczne śniadanie.
Wtorkowego śniadania długo nie celebrowaliśmy bo tym razem, zgodnie z założeniami, wstaliśmy o 6 rano a godz. 8 byliśmy już na nasłonecznionej wodzie. O godz. 9 mijaliśmy Kępę Radwankowską, zaś o godz. 9.40 przepływaliśmy pod mostem kolejowym w Górze Kalwarii. W końcu mieliśmy normalne tempo podróży. Dolegliwy był tylko mroźny wiatr. Palce drętwiały, stery znieruchomiały a nakajakach i wiosłach tworzyły się lodowe frędzle. W Gassach pomachała nam dwójka kajakarzy, jak się potem okazało, było to KiMowskie powitanie Kasi i Sławka. Czekaliśmy na nich przez chwilę na brzegu najbliższej wysepki ale prenikliwe zimno wypędziło nas na trasę spływu.
Do przyjaznej przystani Klubu Rejsy w Kanałku Czerniakowskim zameldowaliśmy się pięć minut przed godz. 14, gdzie zdążyliśmy przywitać się z ekipą wioślarzy łodzi płaskodennych udających się na imprezę o tytule TOAST 2015, czyli poprawiny przywitania Nowego Roku.
Przez 4 dni mieliśmy bogaty przegląd odmian nienajlepszej pogody. Oceniam, że tegoroczny Spływ Trzech Króli zasłużył na miano „męskiej imprezy”. Mam nadzieję że Agnieszka i Kasia nie będą mi miały za złe użycia tego określenia
Marek

Mapka i zdjęcia pochodzą z Facebookowej relacji Mikołaja Józefowicza.