Wyprawy i inne



 

Sona i Wkra (2013-03-09)


Członkowie wyprawy:
- Wojtek Chyczewski (WCh)
- Marek Mazur (MM)
- Darek Kamiński (DK)
oraz: Tadeusz


Właśnie przygotowywałem plan pracy na weekend, kiedy niespodziewanie, w piątek wieczorem dostałem  zaproszenie na spływ rzeką Sona, którą to z trudem przepłynęliśmy  w sierpniu 2000 roku.
Biorąc pod uwagę przyjazną porę dla takich rzeczek, zameldowałem się w punkcie zbornym w Przyborowicach, przy zjeździe z E7 do Borkowa nad Wkrą, gdzie dołączyłem do Wojtka, Darka oraz Tadeusza.
Sona jest rzeką dość długą - ma 71,7 kilometrów, ale jej górna część posiada charakter wąskiego, silnie drenowanego rowu płynącego wśród pól uprawnych.  Z krajoznawczego punktu widzenia najbardziej atrakcyjny jest jej dolny bieg rzeki, gdzie  występują obszary leśne i Sona ma naturalny charakter.
Wystartowaliśmy z Nowego Miasta, gdzie po wschodniej stronie, 250 metrów poniżej jazu lokalnego zalewu, można dojechać samochodem na teren stadionu zlokalizowanego przy samym brzegu Sony.
Rzeki nie mogłem poznać, zamiast strumyka oglądanego przed laty, płynęła szeroka na 15 metrów, dość bystra rzeka. No i ten świeży śnieg, tworzący tło do fotografii.
Początkowy odcinek dosyć przyjazny, zagłębione na metr koryto ułożone  w linii łamanej, nieliczne przeszkody, i tak aż do murowanego młyna z nieczynną  zastawką, do którego dopływamy po dwudziestu minutach . Zastawki zawalone drzewami, nie zakładamy moczenia, więc  obnosimy kajaki po prawej stronie i robimy krótki popas przeznaczony na zdjęcie dodatkowych warstw ubrań.
Poniżej upustu koryto Sony jest węższe i kręte, płynie w głębokim parowie, później znowu jest szerzej i po 25 minutach dopływamy do następnego, popadającego w ruinę, murowano-drewnianego młyna w Grabiach, wybudowanego w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku.
W rejonie Grabi pojawiły się domki letniskowe, które towarzyszyły nam aż do ujścia Sony.
Dziesięć minut za młynem trafiamy na niewielki jaz zbudowany z płyt monowskich. Poniżej jazu początkowo szeroko bez przeszkód, ale po niecałej pól godzinie zaczyna być ciekawie, bo nurt ciągle wartki, a pojawia się więcej zwalonych drzew, zwisających gałęzi, po prostu trzeba się bardziej wysilić.
I tak aż do ujścia w Popielżynie, które według GPS-a, było położone 10,1 km od startu, do którego dopływamy po dwóch godzinach.
Na Wkrze woda wysoka, płyniemy spokojnie, gawędząc dwójkami.
Na mecie w Borkowie, po przepłynięciu 17,5 km, meldujemy się po następnych 50 minutach.
Podobała mi się ta nieplanowana wycieczka.
Marek
Zdjęcia Darka, Wojtka i Marka