Wyprawy i inne



 

Spływ Cedronem czyli Czarną (2013-03-09 - 2013-03-09)


Członkowie wyprawy:
- Grzegorz Krowicki (GK)


Relacja ze spływu Cedron-Czarna ze wsi Obręb do miejscowości Szpruch Górny

 

Po ostatnim spływie rzeką Czarną a następnie przekopem do Zielonej i Jeziorką do Konstancina rozgorzała na forum KiM-u dyskusja na temat racji istnienia owego kanału, który zmienia bieg rzeczki Czarnej. Pomysłów była kilka, w końcu stanęło na tym, że przekop powstał w 1973 roku, że chodziło o odprowadzenie wody z terenów zalewowych, a jednocześnie zapewnienie wody dla stawów rybnych w Żabieńcu i wody dla papierni w Konstancinie. Postanowiłem to sprawdzić, dodatkowym motywatorem była jakoby niespływalność Cedronu-Czarnej. Po dokładnym rozpoznaniu terenu za pomocą Google Earth (wskazówki na ten temat uzyskałem z jednego z numerów Wiosła gdzie szanowni koledzy uczestnicy wyprawy do Mongolii zaprezentowali metodologię) postanowiłem rozpocząć spływ z Czaplinka. Po dojechaniu na miejsce okazało się jednak, że dostępność do rzeki z mostu drogowego na drodze Góra Kalwaria – Grójec jest słaba. Odbiliśmy, zatem nieco na wschód i w ten sposób znaleźliśmy się na mostku na rzece Cedron-Czarna w miejscowości Obręb. Stamtąd rozpocząłem spływ o godz. 13.15. Widząc jakiś ciek wodny, szybko zapakowałem kajak i zszedłem na wodę. Woda była rzeczywiście czarna- pełna liści na żwirowym dnie i wodorostów. Głębokość wody w początkowym odcinku dochodziła miejscami do 20 cm. Wkrótce pojawiły się świetle rzeki krzaki i małe zwałki, oraz liczne kładki. Ze względu na stan wody niektórych nie dało się przejść ani dołem ani górą i trzeba było obnieść. Droga do mostu na wspomnianej drodze Góra Kalwaria-Grójec zajęła mi ok. pół godziny -40 minut. Po obu stronach rzeczki mijałem zabudowania, bardziej lub mniej oddalone od jej nurtu. Po przepłynięciu pod mostem i przejściu górą kolejnej kładki płynąłem dalej meandrującą rzeczką, która niekiedy pokazywała piaszczyste dno. Co jakiś czas do rzeczki wpadały małe strumyki i rowy melioracyjne (te ostatnie nadal pokryte lodem), zasilając nurt Cedronu. Po kilkuset metrach pojawiły się w świetle rzeki ogrodzenia z siatki. Nie mając ze sobą kombinerek musiałem radzić sobie wiosłem. Przy kolejnym ogrodzeniu i niskim mostku zaraz za nim, wyszedłem na brzeg, ogrodzenie schodziło do samej wody w dodatku zamarzniętej. Zacząłem, zatem rozplątywać siatkę, co mi szło całkiem nieźle. Po chwili pojawił się rolnik, który zdaje się, że przycinał sad nieopodal. Wyraziłem niezadowolenie z faktu grodzenia szlaku wodnego, co jest niezgodne z prawem. Rolnik miał inny pogląd na tę kwestię. Dyskutowaliśmy sobie przez czas pewien, wystarczający dla mnie, aby rozwiązać siatkę na tyle, aby móc przerzucić kajak górą. Gospodarz wyraził dalece idącą troskę o kolejne ogrodzenie, po drugiej stronie jego parceli, tę na szczęście udało mi się przejść dołem. Wkrótce zagrody i posesje skończyły się i znalazłem się sam na sam z piękną, surową przyrodą w zimowej krasie. Sitowie, pałki wodne, ptactwo wodne. Pięknie! Nawet rzeczka stała się jakby głębsza i zaczęła nieco przyspieszać. Do czasu. W pewnym momencie rzeczka znikła. To znaczy znalazłem się w krzakach wśród kęp sitowia pokrytych śniegiem. Wyjście z kajaka nie wchodziło w rachubę, a zatem nie pozostało nic innego jak przeciskać się i pomiędzy kępami szukając wody. W końcu utknąłem na dobre. Używając piora wiosła jako rakiet śnieżnych wysiadłem z kajaka i przeciągałem go, potem wpełzając na kajak i pchając go przed sobą. Po godzinie dotarłem do czegoś, co można nazwać brzegiem. Po uporaniu się z przeciągnięciem kajaka przez chaszcze i drzewa poszedłem na rekonesans. Rzeczka znikała w czymś w rodzaju bajora, albo raczej bagienka rozlewając się pomiędzy kępami na szerokość 200-300 metrów. Okolica przepiękna, bażanty wzlatujące spod nóg, bajka. Tylko gdzie ta rzeka. W końcu, gdy już sądziłem, że trzeba będzie się wycofać, znalazłem rzeczkę 700-800 metrów dalej. Zaczynała się nagle tak jak się skończyła. Na szczęście w tym miejscu znajdowała się kładka i ścieżka. Dzięki czemu mogłem zrobić skrót, aby przeciągnąć kajak. Dalszy bieg rzeki wynagrodził mi trudy jej poszukiwania. Rzeczka, stała się nagle szersza i głębsza. Szybko wydało się, dla czego. Bobry! Co kilkaset metrów bobrza tama, zjazd z progu (50 do 100 cm) i kolejne rozlewisko, kolejna tama i kaskada? Super! Wokoło olchy, małe zwałki. W końcu jednak dolina rzeczki zwęziła się i skończyła się laba. Po lewej stronie ukazała się jakaś wioska, a w nurcie rzeki zwałki. Mój nowy fartuch Yaka nabyty w trakcie „Wiatr i Woda” sprawował się świetnie. Niestety wykorzystując budżet „kajakowy” na fartuch nie starczyło już na rękawiczki. Mając w pamięci doświadczenia z Jeziorki wolałem płynąc bez rękawiczek, nie było to fajne. W końcu dotarłem do betonowego mostka, całkiem solidnego, który udało się przy odrobinie wysiłku przejść dołem. Po co komu taki porządny betonowy mostek na środku bagien? Dalej rzeka meandrowała oferując dość zróżnicowany asortyment zwałek, aby ponownie się rozszerzyć do 30-40 metrów, a głębokość sięgała do 100-120 cm. W ten sposób dopłynąłem do mostka o konstrukcji stalowej o szerokości ok 4 metrów z solidnych szyn, nakrytych kratowcami, z których część była zdjęta celowo, lub rozkradziona przez złomiarzy. Taki most mogło zbudować tylko wojsko – pomyślałem. Wkrótce dotarłem do stawów rybnych po lewej stronie, była to miejscowość Lnin. Za stawami siedliska i domki działkowe, kilka domów zamieszkałych na stałe. Niestety obecność stawów skutkowała natychmiast małą ilością wody. Po prawej stronie pojawiły się na wysokim brzegu wśród drzew, światła i budynki, coś jakby ośrodek.  Po obejściu jazu, starałem się płynąć dalej. Choć to eufemizm gdyż zaczęła się regularna zwałka. Już o zmroku dotarłem do jakiejś kładki /mostka. Napotkany tubylec na skuterze poinformował mnie, że do drogi krajowej relacji Góra Kalwaria- Warka jest niedaleko pół kilometra, może kilometr. Zatem ruszyłem dalej w świetle czołówki. Po około 300-500 metrach dalszego płynięcia, co zabrało mi dobre pół godziny/40 minut dotarłem do kolejnej serii zwałek. Po lewej stronie miałem jakieś ogródki działkowe, po prawej zaczynały się kolejne stawy. W tym momencie postanowiłem zakończyć spływ. Po wyjściu na brzeg, na terenie jakiejś działki rekreacyjnej pokonałem górą ostatnią przeszkodę, którą była brama posesji. Po 700 -800 metrach ciągnięcia kajaka po zaśnieżonej drodze znalazłem się na przy wspomnianej drodze Góra Kalwaria – Warka. Spływ zakończyłem o godz. 19.00. Wkrótce pojawiła się Asia, która szukając mnie zdążyła zwiedzić całą okolicę. Odwiedziła między innym i ośrodek dla Uchodźców, oraz osiedle bloków wojskowych ukryte w lesie. Po dotarciu do domu i dokonaniu odpowiedniego researchu okazało się, że w miejscowości Linin w bezpośrednim otoczeniu rzeki Cedron-Czarnej znajdowała się baza wojskowa. Jednostka o kryptonimie JW. 1076 powstała na tym terenie w 1945/46 roku. Jednostka należała do Nadwiślańskich jednostek wojskowych MSW i była formacją specjalnego przeznaczenia, w skład tej formacji wchodził batalion zabezpieczenia, skoszarowany zapewne po prawej stronie Cedronu, znajdował się także jednostka telegraficzna, oraz kompania chemiczna. Po lewej stronie Cedronu znajdował się poligon, (obecnie teren dla samochodów terenowych), na którym były rozlokowane stanowiska ogniowe artylerii rakietowej. Można przypuszczać, że wzbierający i rozlewający na wiosnę Cedron, który uniemożliwiał, bądź utrudniał komunikację pomiędzy poligonem a koszarami i osiedlem oficerskim, był zapewne nie w smak dowódcom jednostki, tym bardziej, że na jej terenie znajdowały się zbiorniki z paliwem oraz maszt radiostacji, stąd zapewne uruchomienie przez ówczesne władze inwestycji budowy przekopu Czarna -Zielona. Kwestia stawów rybnych w Żabieńcu, melioracji żyznych terenów, oraz wody dla papierni stanowiły zapewne cele poboczne, które umożliwiały zapewne uzasadnienie dla finansowania tej inwestycji przez gminę Piaseczno i Góra Kalwaria, chodziło także zapewne o  tzw. „legendę”. Jednostka została zlikwidowana w 2002 roku, a na jej terenie powstał ośrodek dla Uchodźców. Pozostaje jeszcze kwestia nazwy rzeczki Cedron- Czarna. Nazwa Cedron staje się jasna, gdy wziąć pod uwagę pierwotną nazwę Góry Kalwarii- tj. Nowa Jerozolima. Cedron zaczyna swój bieg rzekomo z okolic Sobikowa, a Czarna miałaby niby do niego wpadać. Tak przynajmniej prawią na ten temat w annałach. Jak sądzę prawda jest raczej inna. Może rzeczywiście jakiś drobny ciek wpada do Czarnej, której bieg poprzez bagna i niedostępne łęgi i rozlewiska był trudny kiedyś do prześledzenia. Gdzieś w tych okolicach kończyła się także prawdopodobnie jurysdykcja kasztelanii Czerskiej. Kiedyś nie było Google Earth i nikt nie pływał zwałek kajakiem.


Grzegorz Krowicki