Wyprawy i inne



 

Zieloną do Czarnaj i dalej do Jeziorki (2013-03-02 - 2013-03-02)


Członkowie wyprawy:
- Grzegorz Krowicki (GK)


Relacja ze spływu rzeką Zieloną, Czarną i Jeziorką 01.03.2013-03-02

 

Rzeka Zielona i jej siostra Czarna kusiły mnie od dawna, przez długi czas sadziłem ze nazwy te działają wymiennie, takie też informacje pojawiały się w internecie. Niemniej jednak wybitny potamolog Marek Mazur oraz niemniej znany dendrolog-potamolog Michał Bąk wyprowadzili mnie z błędu. Okazuje się bowiem że wody Zielonej łączą się z wodami Czarnej za sprawą sztucznie przekopanego kanału. Spływ postanowiłem rozpocząć z miejscowości Chynów. Po dotarciu do Chynowa nie lada trudności nastręczyło znalezienie owej „rzeki”. W końcu pod koniec wioski ukazał się naszym oczom mostek a pod nim płynął sobie strumyk szerokości mniej więcej metra, półtora. Po szybkim zapakowaniu zszedłem na wodę o 10.40, a rączy nurt poniósł nas mnie i mój kajaczek wesoło. W rzeczy samej strumyk płynął niespotykanie szybko, małe bystrza dodawały mu szwungu. Minąwszy gimnazjum im W.S. Reymonta, oraz po przepłynięciu pod nowym mostem drogowym (droga nr 50) szybko opuściłem płoty i zabudowania i moim oczom ukazało się piękne o każdej porze roku Mazowsze. Temperatura powietrza wynosiła ok. 3 st. C, kapuśniaczek, który padał od rana- ustał, tylko wielkie sino-szare chmury przewalały się po niebie. Co jakiś czas napotykałem mostki i kładki, które udawało się przechodzić w większości górą, a część dołem. Objawił się tym samym charakter zwałkowy rzeki, a mianowicie większość zwałek na tym odcinku stanowiły betonowe słupy trakcyjne najczęściej ułożone na sztorc, dwa złączone ze sobą służące, jako kładki. Rzeczka zasilana wodą z roztopów i strumykami stała się nieco szersza, szybkość nurtu jednak nie malała. Wkrótce moim oczom ukazał się po lewej stronie poligon, zdaje się, że policyjny a po prawej budynki ośrodka szkoleniowego, jak sądzę policji. Po przejściu kolejnego mostka „dołem” dotarłem do przerzuconej w poprzek rzeki nieco skręconej szyny kolejowej, która trzeba było obnieść. Na tej samej wysokości do rzeki wpadał kanałek odprowadzający dość mętną wodę z oczyszczalni ścieków. Płynąłem dalej raźnie, podziwiając mazowieckie wierzby, olszynowe grądy, gdzieniegdzie wzbijał się nad głową jastrząb, czy myszołów. Zielona, meandrowała wśród pól, aby powieść mnie wkrótce ku szerokim rozlewiskom i mokradłom i uroczyskom. Działalność bobrów daje rychło znać o sobie, bobrze tartaki, w których te przemyślne stworzenia przygotowywały materiał na misternie ułożone tamy, mające zapewnić wodę rozległym polderom w obrębie starorzecza na długie miesiące. Co ciekawe bobry ścinają zarówno olchy i sosny jak i całkiem sporych rozmiarów dębczaki, a nawet, (co mogłem zobaczyć nieco wcześniej) jabłonie. Na rozlewiskach pojawiają się łabędzie. Wkrótce dopływam do mostu kolejowego znajdującego się na linii kolejowej Warszawa -Warka. Odległość pomiędzy lustrem wody a przęsłami wynosi ok. 70-80 cm, co daje mi możliwość spokojnego przejścia „dołem”. Za mostem rozpoczyna się jak mniemam ów „przekop” sądząc po regularnej linii brzegowej i wałach przeciwpowodziowych. Woda zajmuje całą szerokość ok. 30-40 metrów od nasypu kolejowego do wału, natomiast nurt ma szerokość od 3-6 metrów. Wkrótce kolejny napotkany łabędź wzbija się w powietrze uderzając skrzydłami o wodę, po czym przelatuje kilka krotnie wysoko nad moja głową najpierw, ciężko pracując pod wiatr, a potem serfując w powietrzu- z wiatrem. Po przepłynięciu pod kolejnym betonowym mostkiem rzeka odbija nieco w prawo i dalej płynie pomiędzy wałami na szerokości 10-15 metrów. Po lewej stronie pojawiają się zabudowania i kolejna kładka mniej więcej na wysokości lustra wody. Napłynąłem na kładkę i zatrzymałem się, żeby zrobić zdjęcie, gdy poczułem, że ktoś na mnie patrzy. Na brzegu nieopodal siedział olbrzymi kocur, chyba nieco zdziwiony człowiekiem, który ulokował się w dziwnym żółtym kokonie na jego mostku. Nagle kocur wskoczył na poręcz i truchtem przebiegł 10 cm przed moim nosem. Gdy minął mnie najwyraźniej się wystraszył i wykonał skok w kierunku brzegu. Biedaczysko źle wymierzył i z pluskiem wylądował w rzece. Szybko jednak wydostał się po skłębionych wodorostach na brzeg, i ociekający wodą czmychnął niepyszny do lasu. Dopiero w domu okazało się, że odruchowo nacisnąłem migawkę w komórce i traf chciał, że łeb tego zawadiaki znalazł się w kadrze. Rzeka płynie dalej prostymi odcinkami po przepłynięciu pod kolejnym betonowym mostkiem skręca łukiem w lewo, po obu stronach pojawiają się zabudowania, co skutkuje większą ilością śmieci na brzegach, wkrótce jednak wpływa do sosnowego lasu z widocznymi śladami pożaru u nasady pni. Co jakiś czas pojawiają się kolejne nadgryzione pnie przez bobry, choć co ciekawe nie zauważyłem, aby którakolwiek z nadpalonych sosenek została przez bobry nadgryziona? Koryto rzeki wcina się na 3-4 metry poniże poziomu lasu, zaś na opadających brzegach zalega jeszcze dość gruba warstwa śniegu. Wkrótce dotarłem do kolejnego mostu drogowego (droga 683) i kolejowego, rzeka przepływa szerokim i wysokim dwukomorowym przepustem. Na prawym brzegu pojawia się okazała posiadłość, kolejny jednak odcinek jest odludny i dziki, mogłem podziwiać dwa duże żeremia bobrowe zbudowane misternie na brzegach. Po około 15 minutach płynięcia ukazują się zabudowania wsi Krępa oraz pierwszy próg. Próg jest typowym spiętrzeniem, po obu stronach brzeg umocniony betonowymi płytami, poniżej progu betonowa rynna. Zatrzymuje się przed betonowymi płytami, z trudem gdyż nurt jest wartki. Po obejrzeniu progu postanawiam go obejść, co-prawda woda spada z wysokości 100-130 cm, a odwój ma taką samą mniej więcej szerokość, obawiam się jednak zarycia dziobem w dno gdzie mogą znajdować się stojące na sztorc płyty albo inny materiał skalny, na którym wytrzymałości mojej głowy sprawdzać nie mam ochoty, nie mam także ochoty na kąpiel, jaką dwa lata wcześniej zaliczył na tym właśnie progu Milimetr, o czym wiem z jego blogu. Po kilkuset metrach dopływam do betonowego mostku, pod nim zauważam dwa wory ze śmieciami, które ktoś łaskawie zniósł pod most, „żeby woda zabrała”; dziwnym zbiegiem okoliczności zawartość jednego wora ląduje na środku eleganckiego chodniczka w samym środku wioski po prawej stronie mostu i przed bramą do ogródków działkowych po lewej. Zaraz za mostem kolejny próg, ten też po obejrzeniu postanawiam obejść. Rzeczka oddala się nieco od wioski, choć na brzegach pojawiają się od czasu do czasu siedliska bądź domki wakacyjne, niektóre całkiem ładne i okazałe, za kolejnym zakrętem – kolejny próg, ten jest jednak zdecydowanie spływalny, wystarczy mocno zawiosłować, co prawda zawadzam dziobem o dno, ale bez konsekwencji. Po dalszych kilkuset metrach wody „przekopu Zielonej” łączą się z rzeczką Czarną węższą od tej pierwszej. Niemniej jednak połączone nurty sprawiają, że koryto jest nieco szersze, pojawiają się też kolejne kładki i następny, czwarty próg (spływalny) już na terenie wsi Wojciechowice, choć zabudowania ze względu na regularne wylewanie rzeki znajdują się w słusznej odległości od koryta. Rzeczka wije się wśród lasów i gradów i pól, mija kilka działek i przepływa pod kolejnym betonowym mostem (obok mostu rośnie wiekowy, rozłożysty dąb), za którym znajduje się piąty próg, który również spływam z „buta”. Teraz dolina rzeki wznosi się łagodnym wzniesieniem, po obu stronach, teren staje się bardziej podmokły brzegi porasta łęg jesionowo -olsowy, wierzba, topola i brzoza. W ten sposób dopływam do szóstego progu, który z pozoru wydaje się być łatwy jednak może przysporzyć trochę kłopotu ze względu na wypłukane dno i brzegi po obu stronach progu, szczególnie z prawej strony daje się zauważyć dość duży wir, lepiej, zatem płynąć nieco w lewo od środka nurtu i mocno zawiosłować po zejściu z progu. Szybko dopływam do rozległej posiadłości na lewym brzegu. Domostwo posiada dwie wieżyczki zwieńczone kopulami w stylu buddyjskich pagód oraz azjatyckie ornamenty. W czasach, gdy spędzałem w tych okolicach wakacje, jako młody chłopak, gdy powstawała ta posiadłość została nazwana „domem Turka” i wymiennie „domem Mongoła”, o ile dobrze kojarzę rzeczywiście jest to rezydencja ambasady Mongolii. Teren ten regularnie, co kilka lat bywa zalewany, dla badaczy mazowieckich rzek i autorów opracowań na ich temat zamieszczam link relacjonujący jedna z takich powodzi wraz z ciekawym materiałem zdjęciowym: http://www.andrzej-swat.eu/attachments/File/Zalesie_Gorne/powodz_w_Zalesiu_Gornym.pdf

Na wysokości „domu Turka” zatrzymuję się na popas. Herbatka z termosu, kanapeczki z mielonką turystyczną, łyk kawy. Słoneczko wyszło zza chmur i grzeje nieśmiało jeszcze, ale odczuwalnie, wyczuwam zapach mięty, która kiełkuje zapewne wśród innych traw i ziół. Jakże krótka ta chwila, a jak mocno zapada w pamięci. Płynąc dalej zbliżam się do szkieletu starego metalowego mostku, który pamiętam jeszcze z czasów dziecinnych, obok nowa kładka drewniana, przechodząc dołem po prawej stronie warto zwrócić uwagę na wystające gwoździe i druty. Zaraz dalej las łęgowy jest starszy i wyższy, pokonuję zwałkę, pień ścięty przez bobry i po przepłynięciu kilkuset metrów meandrującej wśród drzew i mokradeł rzeki docieram do mostu betonowego w Zalesiu Górnym (droga 873), zaraz za mostem pierwszy z serii czterech jazów. Zdecydowanie do obniesienia. Nawet z pozoru niegroźnie wyglądające jazy bywają śmiertelnie niebezpieczne. Po prawej stronie pole biwakowe. Dalej rzeczka prowadzi wzdłuż ośrodka wypoczynkowego i basenów w Zalesiu Górnym po lewej i dalej ciągnących się stawów rybnych w Żabieńcu, obecnie trwa dyskusja władz lokalnych na temat zagospodarowania ośrodka w Zalesiu górnym i jego przyszłości. Ośrodek ten jest miejscem odpoczynku wielu Warszawiaków i nie tylko w miesiącach letnich, co ma ścisły związek z ilością śmieci w tym plastykowych i szklanych opakowań po napojach wszelakich, olejkach do opalania itd. Rzeczka płynie dość szeroko, choć jest dużo płytsza niż dotychczas. Na początku spływu Zielona miała ok. pół metra do metra głębokości, potem w miarę przybywania wody stawała się głębsza osiągając przed pierwszym mostem kolejowym około 1,80 m, na mostku, na którym spotkałem kocura głębokość wynosiła ok. 1,50m na całej długości „przekopu” ok. 0,80- 1,20 m, po połączeniu z Czarną głębokość 1,0- 1,2m i dalej rośnie, co wiąże się zarówno z większą ilością wody z cieków zasilających rzekę jak również z faktem jej niedawnego pogłębienia na tym właśnie odcinku, co sprawia, że miejscami głębokość dochodzi do 1,50-1,80m jednak na odcinku wzdłuż stawów rybnych, które zapewne zabierają sporą część wody wynosi zaledwie 20-30 cm. Za trzecim jazem (Oba jazy drugi i trzeci są zdecydowanie niebezpieczne) – uroczysko Zimne Doły. Zimne Doły stanowią leśny kompleks wypoczynkowo-rekreacyjny. Znajduje się tu kilka wiat turystycznych (w tym jedna, która może pomieścić ponad 100 osób), zorganizowane są miejsca do rozpalania ognisk. Na turystów zawsze czeka przygotowany przez Nadleśnictwo Chojnów chrust. Przebiega tędy najpopularniejsza trasa spacerowa w okolicach Piaseczna prowadząca żółtym szlakiem z Piaseczna (rejon Górek Szymona w Zalesiu Dolnym) bądź zielonym szlakiem rowerowym od ul. Świętojańskiej w Piasecznie przez Żabieniec.

Lasy Chojnowskie należały do silnych punktów oporu, w czasach II wojny światowej. Teren ten należał do VII Obwodu „Obroża” Okręgu Warszawskiego AK. W dniach 2-16 Sierpnia 1944 stacjonowali tu żołnierze pułku „Baszta” pod dowództwem ppłk. Mieczysława Sokołowskiego, które wycofały się tutaj na poczatku Powstania. Silne siły powstańcze powodowały, że Niemcy nie zapuszczali się w te rejony a wolny od okupantów skrawek polskiej ziemi zyskał miano Rzeczypospolitej Chojnowskiej. W pierwszej połowie sierpnia w regionie tym stacjonowało stacjonowało ok. 1000 żołnierzy AK. Niemcy ponosili straty w potyczkach takich jak atak na Piskórkę gdzie stacjonował oddział „Szarego” i żołnierze batalionu AK „Krawiec” W połowie sierpnia Powstańcy podjęli próbę przedarcia się z powrotem do Warszawy, co udało się tylko ok. 400 spośród 900 powstańców, podczas niemieckiego ataku na przedzierające się oddziały powstańcze skuteczny opór stawili Niemcom żołnierze „Szarego” właśnie na terenie uroczyska Zimny Dół, w dniu 17 Sierpnia 1944 r. Ponosząc jednak ciężkie straty własne. W czasie walk spłonęła istniejąca tutaj wówczas leśniczówka. Do tych wydarzeń nawiązuje popularne określenie tego miejsca - Spalona. Tragiczną historię upamiętnia pomnik i brzozowy krzyż. Nieopodal znajduje się także pomnik leśników mazowieckich poległych w czasie walk o niepodległość. Na prawym brzegu zlokalizowana została ścieżka krajoznawczo-przyrodnicza, a nieco dalej postawiono nowiutką bardzo solidnie zbudowaną wysoką na 10- 12 metrów wieżę widokowa, z której miłośnicy przyrody i ornitolodzy mogą obserwować rozległe tereny stawów rybnych w Żabieńcu i okolic. Mogą także podziwiać kożuch śmieci na rzece, jaki otworzył się za jedną ze zwałek.

Ostatni odcinek Zielonej za ostatnim jazem i po przepłynięciu pod nowym betonowym mostem jest kręty, nurt rzeki bystry brzegi zadrzewione starymi grabami, topolami, dębami, ten odcinek przypomina, że zbliżamy się do rzeki Jeziorki i rzeczywiście, przez kilkaset metrów towarzysza mi dwie czaple siwe, zrywają się, gdy nadpływam i lądują kawałek dalej by znowu poderwać się, gdy nadpłynę. Przepłynąwszy pod metalową kładką znalazłem się na Jeziorce.

Jeziorka wije się w głębokim parowie, porośniętym starodrzewem, na wysokim lewym brzegu domy, i szkoła po prawej stronie dopływamy do charakterystycznych balonów kortów tenisowych. Przepływamy pod mostem drogi Piaseczno-Góra Kalwaria. Lewy brzeg obrazuje to, co się potocznie nazywa w środowisku wodniaków i przyrodników „zamknięciem człowieka na rzekę” lub „odwróceniem się od rzeki plecami” – płoty, ogrodzenia, baraki, betonowe mury- zabawne te wysiłki i starania wobec potęgi sił natury. Na szczęście po lewej stronie rozlewiska, plątanina drzew, wodne oczka, nadal jeszcze skute lodem. Na jednej z gałęzi sójka, nad woda przelatuje kilka razy spory ptak szybko lecąc nad wodą, po charakterystycznym locie przypuszczam ze to pustułka, ale pewności nie mam. Po dopłynięciu do zapory- jazu i przeniesieniu kajaka spostrzegam, że kanał doprowadzający wodę z oczyszczalni ścieków w Piasecznie został elegancko oczyszczony, brzegi przykryte fiszbinem, a woda nie wydziela żadnego nieprzyjemnego zapachu i niesie ze sobą zauważalnych zanieczyszczeń, jest nieco bardziej mętna, ale można mówić o ogromnym postępie, o zmianie na lepsze. Płynąc dalej mam możliwość podziwiać zarówno Jeziorkę silnie meandrującą, ze żwawym nurtem, dziką i piękną, jak również apartamenty, wille i pałace pojawiające się jak grzyby po deszczu. Zastanawiam się, jaki sens jest budować willę za kilka – kilkanaście milionów w meandrze rzeki, która za 15-30 lat może ten dom zabrać i zapewne zabierze. Jednym z tych osiedli jest zdaje się reklamowane niegdyś osiedle Oakland w wolnym tłumaczeniu „domy na bagnach”. Na wysokości Chylic – niespodzianka. Na brzegu kajak- czerwony Aquarius, a obok niego dwóch gości. Jak się okazuje właścicielem kajaka jest Tomek – młody kajakarz z Konstancina Parceli. Drugi to lokalny wędkarz, działacz PZW, który na walce o czystość wody Jeziorki (lub w jakichś innych walkach) stracił wszystkie zęby. Ziomal zaprasza na poczęstunek elementem baśniowym, którego do połowy już opróżniona flaszka wystaje mu z kieszeni.,-„Na wodzie nie piję”- grzecznie odmawiam.,- „Nie szkodzi to ja Pana wciągnę na brzeg”- odpowiada niezrażony miejscowy. Na brzeg się wciągnąć nie daję, ale zamieniamy parę słów na temat rzeki. „Od lat walczyliśmy z tą oczyszczalnią, mówi; woda płynęła koloru pańskiej kurtki – pokazuje na mojego czerwonego Yaka, w końcu burmistrz wymienił całe kierownictwo i się zmieniło. Teraz Taaakie szczupaki tu chodzą (pokazuje długość ramienia), bywają dni ze idzie 10 sztuk załapać za dnia. Dzielę się z wędkarzem moimi obawami, co dostawiania domów blisko rzeki. „Patrz pan mówi- widzisz pan tę hacjendę – wskazuje palcem dom na oko 2-3 tyś m kw. z oranżerią, i czymś tam jeszcze- jak tu idzie powódź to strumienie płyną, z okien i z tarasów ryby mogą łowić i to ze wszystkich stron”.

 

Płyniemy z Tomkiem dalej mijamy trochę starszych wilii, bezpiecznie od rzeki odsuniętych, bo kiedyś ludzie wiedzieli, że od rzeki odwracać się nie należy, ale też szacunek i respekt jej się należy. Mijamy kościół w Chylicach. Na około kilometr dwa przed parkiem zdrojowym porządna zwałka. Przechodzę ja dołem blisko prawego brzegu, po uprzednim zdjęciu kamizelki. Teraz po obu stronach pojawiają się wystawne pałace, w tym jeden nowiuteńki nad samą niemal wodą, zaś cały brzeg obity jakimś kosmicznym materiałem, który ma uchronić brzegi przed podmywaniem. Już widzę jak za rok dwa ten kosmiczny materiał będzie spowijał drzewa i zwałki dwa kilometry poniżej. W końcu dopływamy do parku zdrojowego, a drewniane pomosty i kładki spacerowe po prawej stronie stanowią wspaniały przykład jak można przybliżyć ludziom rzekę i wykorzystać jej zalety, jednocześnie nie niszcząc krajobrazu. Brawo Gmina Konstancin!

 

Przed starą papiernią żegnam się z kolegą Tomkiem namawiając go na dowiedzenie strony KiM i wstąpienie do naszego bractwa. O 16.30 Nieco zmęczony, ale szczęśliwy kończę spływ w Starej Papierni.

 

Grzegorz Krowicki