Wyprawy i inne



 

Zimowa Jeziorka (2013-02-10 - 2013-02-10)


Członkowie wyprawy:
- Tomasz Hajduk (TH)
- Sławek Wąsek (SWa)
- Marcin Chodorowski (MC)
- Grzegorz Krowicki (GK)
- Grzegorz Grabarczyk (GG)


Zimowa Jeziorka.

W niedzielny poranek 10 lutego o godzinie 7:30 na miejscu zbiórki stawiło się 5 śmiałków: Grzegorz G. Marcin Ch. Tomek H, Sławek W. i Grzegorz K. Po szybkim przepakowaniu kajaków i pozostawieniu samochodów na mecie w miejscowości P. ruszyliśmy do miejscowości K. gdzie zaplanowaliśmy początek. Próby przebijania się drogami gruntowymi, zakończyły się niepowodzeniem, Ze względu na trudności z podjazdem po zaśnieżonej, wyślizganej drodze, i musieliśmy nieco nadłożyć. Po dojechaniu na start postanowiliśmy rozpocząć spływ z samej wioski, a nie ze starego młyna, głównie ze względu na bezpieczeństwo samochodów, ale także ze względu na chęć jak najszybszego zanurzenia wiosła w wodzie. Na początek jednak wiosła posłużyły nam do odgarniania śniegu dzięki czemu mogliśmy zaparkować auta na poboczu drogi. Podczas rozładunku kajaków podjechało do nas dwóch wędkarzy nastawionych przyjaźnie. Po krótkiej pogawędce i upewnieniu się że przepłyniemy tylko raz, oddalili się w stronę swoich wędek. Temperatura w momencie startu wynosiła – 3 C. Na wodzie byliśmy ok. 9.15. Spływ rozpoczęliśmy raźnie, Jeziorka witała nas przyjaźnie, a ośnieżone brzegi, trawy i drzewa, dodawały uroku. Stan wody był średni. Niższy niż kilka dni wcześniej podczas odwilży. Szybko dopłynęliśmy do starego młyna pokonując niezbyt trudne zwałki. Po około 2 godzinach płynięcia dotarliśmy do stawów. Oblodzone brzegi koryta rzeki utrudniły nam lądowanie, i kilka dobrych minut zajęło nam poszukiwanie odpowiedniego miejsca. Po wykonaniu kilku okolicznościowych fotografii ruszyliśmy dalej informując mniej doświadczonych kolegów o urokach dalszego płynięcia. I rzeczywiście wkrótce pojawiły się prawdziwe zwałki. Przy pokonywaniu kilku pierwszych towarzyszyły nam czaple siwe krążąc niemal nad naszymi głowami. Po około godzinie dalszego płynięcia rozgraliśmy się, a praca zespołowa wpłynęła pozytywnie na efektywność pokonywania przeszkód oraz morale uczestników. 

Co jakiś czas zmieniał się tylko lider prowadzący i ja również miałem ten zaszczyt, że przez około godzinę nadawałem tempo działań, zapisując na swoim koncie (i na koncie mojego wysłużonego kombiaczka)  kilka nowych zimowych przejść. Nawet Marcin z uznaniem wyrażał się o moich postępach w kajakarstwie zwałkowym, które zawdzięczam w dużej mierze szkole Mistrza Milimetra. Najwięcej trudności sprawiało nam wdrapywanie się kajakami na oblodzone pnie drzew, z których często zjeżdżaliśmy gdy nie udało się w porę zaprzeć wiosłem o dno. Niestety podczas przejść dołem objawiła się słabość sfatygowanego fartucha, co wzmagało u mnie chęć parcia do przodu i skutkowało niechęcią do postojów. Marcin stwierdził że jako jeden z promotorów Prijona Combi jako kajaka zwałkowego już dawno powinienem otrzymać z firmy ProKajak bardzo dobry fartuch po bardzo zniżkowej cenie. Przyznałem mu rację. W ogóle Marcin wykazał się ojcowską wręcz dbałością o wszystkich uczestników spływu co przejawiało się w częstym wypowiadaniu formułki „płyń tak jak Cię uczyłem”. Dotyczyło to również tych fragmentów rzeki, przy których nauka szła w las a wraz z nią my z naszymi kajakami zamienialiśmy się w kulig, niestety żaden renifer ani łoś nie chciał dać się zaprząc do ciągnięcia. Swoją drogą zastanawiałem się czy ktoś opracował metodę smarowania kajaków, czy smar do nart by się nadawał? Czekam na komentarze i opinie od bardziej doświadczonych kolegów. Około godziny 14-ej natrafiliśmy na zwałkę którą zdecydowaliśmy się obejść. Była to słabość ducha i plama na honorze zwałkowca, do której przyznajemy się bez bicia obiecując poprawę za rok o tej samej porze. Około godziny 14.30 wiedząc że do mety zostało już niewiele przyspieszyliśmy tempa, a w zespołowego ducha wkradł się demon rywalizacji, który i mnie się udzielił. Wkrótce dotarliśmy do ostatniej dużej zwałki.

Zmęczenie dawało już o sobie znać ale również rozluźnienie związane z rychłym końcem spływu. I wtedy zdarzyła się przykra przygoda. Nabrałem rozpędu aby najechać na sporych rozmiarów pień kajak niestety zjechał do tyłu gdzie zarył w dno, po czym zaliczyłem klasyczny rożen. Ćwiczenia basenowe przydały się- sprawnie opuściłem kajak, a po wydostaniu się na brzeg i wylaniu z niego wody ruszyłem na tyle szybko na ile to było możliwe w kierunku mety. Na szczęście nie było już większych zwałek, ale nawet te małe przysparzały mi sporo trudności zważywszy na ciężar przemoczonej odzieży, zmęczenie i stres związany z wywrotką. Na szczęście adrenalina robiła swoje. Po dotarciu do stawów okazało się że do brzegu pozostało kilkadziesiąt metrów lodu. Po kilku minutach rąbania wiosłem wróciłem ok 100 metrów do pierwszego miejsca gdzie mogłem wyjść na brzeg. Był to czas najwyższy. Na szczęście miałem w kajaku suche ciuchy oraz termos z kawą i herbatą. Chłopcy dotarli po paru minutach. Dociągnęliśmy kajaki do aut, po pokrzepieniu się herbatą ruszyliśmy we trzech ze Sławkiem i Tomkiem po samochody zostawione na starcie. Ciężarówkę Tomka musieliśmy wypchnąć ze śniegu ale poszło łatwo. Po powrocie na metę załadowaliśmy kajaki i rozjechaliśmy się do domów. Spływ zakończyliśmy ok. godziny 16-ej.

Grzegorz Krowicki