Wyprawy i inne



 

Warsztaty z solowego pływanie kanu - Spotkanie u p.Igora Newerlego (2012-09-21)


Członkowie wyprawy:
- Zygmunt Fąfara (ZF)
- Sławomir Biliński
- Marek Mazur (MM)
- Marcin Chodorowski (MC)
- Grzegorz Grabarczyk (GG)
- Darek Kamiński (DK)
oraz: Siacho, Hania i Tadeusz, Iwona i Marek, Joanna i Piotr


Nie święci stylowo wiosłują

Warsztaty na Krutyni szczególnie jesienią i po sezonie to pomysł geniusza. Nawet gdyby chodziło o garncarstwo, chętnie pojechałbym. „Solo classic” to pierwszy krok w raczej elitarnej i trochę artystycznej sztuce zawracania Wisły jednym wiosłem. Jestem zachwycony tym, że pomogłem kilku canoistom lepiej wiosłować. Jestem wdzięczny kolegom z Fundacji KIM za to, że umożliwili mi naukę. Wysokiej jakości czas spędzony na wodzie zaowocował rozbudzeniem głębszego zainteresowania tym, co można osiągnąć w „stylowym” wiosłowaniu. Bo jeśli ono nie daje przyjemności i satysfakcji na rzece, to chyba jednak lepiej lepić garnki.
 
Pozdrawiam

 

Marcin, niespożyty w upowszechnianiu wiedzy i umiejętności kajakarskich na terenie Warszawy, nie zmarnował ostatnich wakacji i przygotował program szkoleniowy dla osób pragnących rozwinąć umiejętności jednoosobowego  pływania kanadyjką. Przygotował program szkolenia nazwany Classic Solo Canoeing,  oparty na filmach Backy Manson i Rolfa Kraikera.
Szkolenie praktyczne odbyło się 22-23 września w Stanicy wodnej w Ukcie – PTTK Ukta i wzięło w nim udział 11 osób. W ośrodku towarzyszyła nam 4-osobowa grupa zaprzyjaźnionych z KiM  kajakarzy pod wodzą naszego kolegi Darka Kamińskiego.
Same zajęcia praktyczne były prowadzone przez  Siacha , jednego z czołowych polskich kanuistów oraz przez Marcina.
22 września (sobota) odbyły się 2 sesje (poranna - spływ w górę Krutyni do Wojnowa oraz popołudniowa – spływ do Iznoty). Łącznie uczestnicy pokonali ok. 20 kilometrów.
W niedzielę Siacho i Marcin poprowadzili zajęcia, których celem było ćwiczenie technik umożliwiających manewrowanie kanadą przy założeniu, że pociągnięcia pagajem robione są tylko z jednej strony łódki. Po zajęciach prowadzący podsumowali dwudniowy warsztat i wręczyli u  uczestnikom pamiątkowe dyplomy.
W drodze powrotnej na zaproszenie Ireny i Ryszarda Gałeckich odwiedziliśmy czarodziejski Dom Pracy Twórczej Igora Newerlego w Zgonie. Dzięki przemiłym gospodarzom mogliśmy doświadczyć bliskiego kontaktu z Człowiekiem wielu zawodów i pasji, wśród których szczególne miejsce zajmowało kajakarstwo.
Poniżej, pozwalamy sobie przedstawić skrót bogatego życiorysu pisarza oraz informację o jego związkach z tym miejscem.
Igor Neverly urodzony w 1903 roku w osadzie Zwierzyniec w Puszczy Białowieskiej, wnuk Josefa Neverli, przybysza z Czech, zarządzającego carskimi lasami w Puszczy, syn rosyjskiego oficera Mikołaja Abramowa. W wieku 11 lat wskutek wypadku stracił nogę i odtąd chodził z protezą.
W 1915 roku wobec zbliżania się armii niemieckiej, rodziny wojskowych zostały ewakuowane w głąb Rosji. Był tam świadkiem rewolucji i wojny domowej.  Aresztowany w 1923 podczas studiów na wydziale prawa w Kijowie, skazany został na pobyt pod dozorem, po czym, w wyniku zagrożenia aresztowaniem, przedostał się nielegalnie do Polski.
Podczas pobytu w Warszawie poznał Janusza Korczaka i został jego sekretarzem, po czym aż do II wojny światowej zajmował się pracą redakcyjną . W czasie wojny pracował jako szklarz, później jako kierownik zakładów stolarskich. W tym czasie uczestniczył w wytwarzaniu broni dla potrzeb podziemia. Aresztowani w styczniu 1943 r., resztę wojny spędził w obozach koncentracyjnych.
Po wojnie wrócił do pracy dziennikarskiej i pisarskiej, był przewodniczącym Oddziału Warszawskiego ZLP.
Od połowy lat pięćdziesiątych Newerly mieszkał przez część  roku  ze swój partnerką życiową, tłumaczką z języka rosyjskiego Zofią Cybulską w Zgonie w starej mazurskiej chacie, kupionej od wdowy Pustolki.
W ostatnich latach życia pisarza, Państwo I. i R. Gałeccy opiekowali się nimi podczas pobytów w Zgonie, zaś po  śmierci Igora Newerlego (1987 r.) oraz Pani Zofii, zostali właścicielami domu.
Od roku 2006 w chacie funkcjonuje izba pamięci nosząca nazwę Dom Pracy Twórczej Igora Newerlego 1957 – 1987. Pokazywane są w nim m. in. własnoręcznie wykonane przez pisarza meble, broń myśliwska i kajak.
Nasi gospodarze zwrócili nam uwagę, że Igor Newerly, kojarzony głównie z Pamiątką z Celulozy oraz Chłopcem z Salskich Stepów, był również autorem piszącym o wędrówkach kajakowych.
Archipelag Ludzi Odzyskanych to książka zrodzona z powojennych wędrówek kajakowych po Warmii i Mazurach.  Inna książka, Za Opiwardą, za siódmą rzeką…,  to zbiór trzynastu opowiadań o charakterze autobiograficznym, przeważnie związanych z kajakowymi wyprawami autora.
Państwo Irena i Ryszard Gałeccy, którzy przyjęli nas niezwykle ciepło w tym domu, jak się okazało, nieprzypadkowo nawiązali z nami kontakt przed warsztatami kanadyjkowymi w Ukcie.
 Byli oni uczestnikami wcześniejszych warsztatów szkoleniowych Fundacji KiM na Wiśle w Warszawie.

Marek

CSC Krutyń 2012


Uczestniczyłem w dwóch imprezach KIM. Pływam turystycznie kajakami od dziecka, mam więc spore doświadczenie, ale mimo to nauczyłem się nowych rzeczy – wiedzą co robią.


Gdy dostałem filmy o CSC niczego z nich nie zrozumiałem – żadnego związku pomiędzy sposobem „mieszania wody” a ruchami tej pięknej łodzi. Postanowiłem spróbować, by zobaczyć co to canoe i wierząc w swoje wodniackie doświadczenie, oszacować czy do czegoś przesiadka z kajaka byłaby przydatna. Koledzy ostrzegali – nawet lekki wiatr to „masakra”.


Gdy Siacho stwierdził, że to proste, trzeba sobie tylko wyobrazić co dany ruch wiosła spowoduje, wątpliwości opanowały mnie jeszcze gorsze. Wyobraźnię wysilałem, ręce i grzbiet też, a łódka płynęła tam gdzie chciała. Przychodziły kolejne, nowe techniki a ja, by być tam gdzie chciałem, musiałem nadal przekładać wiosło. Dopłynęliśmy jednak do pomostu Ireny, pogadaliśmy, odpoczęliśmy i zaczął się spływ z prądem. Już wszyscy widzieliśmy, że Ice wychodzi. Mnie jednak przede wszystkim tak dalece nie wychodziło klęczenie przez godziny, że zająłem się głównie znajdowaniem znośniej pozycji. Tak się zająłem tym, że nawet nie zauważyłem, że zaczynam płynąć tam gdzie chcę. „Niemożliwy” ruch „kciuka do dołu” stał się oczywisty a łódź płynęła tam gdzie powinna. Może nie zawsze, ale w zasadzie TAK.


Krutynią spływałem już wcześniej i cieszyłem się pokonanie tego dolnego odcinka jeszcze raz. Marcin namówił Agnieszkę by razem z Teddym popłynęli ze mną po południu. Było świetnie. Nie musiałem klęczeć – siedziałem wygodnie na ławeczce. Aga pomagała przez nadanie prędkości, co ułatwiało manewry. W czasie obiadu znów coś się poukładało w głowie i było zdecydowanie lepiej.


Ika płynęła na łodzi Siacha razem z nim i wyglądała na bardzo zadowoloną. Dlaczego – dowiedziałem się następnego dnia.


Mieliśmy szansę wypróbowania rożnych wioseł Siacha. Świetnie wyważone, z ostrymi krawędziami – aż prosiły się do realizacji hasła „ i ty zostaniesz Indianinem”. Teraz ten „kciuk w dół” okazał się absolutnie logiczny. Powrót w wodzie po „J” do następnego pociągnięcia inaczej nie wychodził.


Ktoś mówił, że długo czekaliśmy na transport, że było zimno i padał deszcz. Nie pamiętam.


Rano Marcin zapytał, chyba z wrodzonej przyzwoitości, czy mamy dość, czy uczymy się baletu na wodzie.

Pod koniec mogliśmy (czasem niektórzy skutecznie), nie przekładając wiosła:

- zawracać łódź w lewo i w prawo i to na kilka sposobów,

- przesuwać ją równolegle w obu kierunkach, włączając w to słynny T-stroke Siacha

czyli cały ten balet, który był na filmach. Nawet więcej – o T-Siacha.

Czy bym to wszystko dziś powtórzył – nie sądzę. Na razie to jest wyuczone. Musi wejść w krew.


Czemu Ika wyglądała na tak zadowoloną na łodzi Siacha? Nie było to jego towarzystwo - może nie tylko jego towarzystwo. Miałem szansę popływać jego łodzią. Pływała prawie tak lekko i zwrotnie, gdy trzeba, jak jedynka, której próbowałem chwilę wcześniej. Jeżeli doda się do tego opisane już wiosła, to czegóż można chcieć więcej (poza rozprostowaniem kolan)?


To wszystko mogła oczywiście popsuć atmosfera – ludzie. To była dziwnie nienormalnie normalna grupa. Żadnego biadolenia, narzekania, prób imponowania czy zarządzania. Pomocni – tak w sensie fizycznym jak i merytorycznym i zadowoleni – super.


Wizyta w domu Igora Newerlego była czymś zaskakującym. Pozytywnie zaskakującym.

Należę do pokolenia, które musiało przeczytać „Pamiątkę z Celulozy” i nie przeczytałem, bo musiałem. Nie dałem autorowi szansy.

Po powrocie do Polski pracowałem przez dwa lata we Frantschachu Świecie (dziś Mondi Świecie). To ta sama papiernia. Okres mojej tam bytności to głęboka restrukturyzacja firmy mająca na celu zrobienie z nią czegoś, co uczyniłoby ją dochodową. Celuloza zatrudniała 15 tys. osób (znakomitą większość w jednostkach stwarzających szerokie zaplecze socjalne – transport, przedszkola, sanatoria, etc.). Okazało się, że papiernia może dać pracę 1400, jeżeli ma być rentowna. Przez taki to pryzmat patrzyłem na Igora Newerly.

Po powrocie z tego warsztatu przeczytałem jego życiorys. To życiorys uczciwego człowieka, wrażliwego społecznie, który nie zmienił nigdy swoich poglądów, choć wyraźnie dużo go to kosztowało.

Wizyta w jego domu i wszystko co tam usłyszałem o Igorze Newerly, pokazały mi drugą stronę tego człowieka. Człowieka, który nie korzystał z przywilejów, które mógł mieć autor „Pamiątki z celulozy”. Wodniaka, myśliwego, miłośnika przyrody, takiego jak my. Pewnie bardziej konsekwentnego w realizacji swych hobby.


Piotr - uczestnik szkolenia