Wyprawy i inne



 

Mongolia - Orchon (2012-07-28 - 2012-08-08)


Członkowie wyprawy:
- Wojtek Chyczewski (WCh)
- Mikołaj Józefowicz (MJ)
- Marek Mazur (MM)


Do spływu kajakowego w  Mongolii przymierzaliśmy się już kilka lat temu w wyniku namowy Wojtka, który w latach studenckich spędził w tym kraju trzy miesiące.

Odpuściliśmy wyprawowo pewnie najbardziej atrakcyjne zachodnie części kraju, z uwagi na odległość i problemy transportowe. Wybraliśmy rzekę Orchon, gdyż ma ona trochę status „narodowej” rzeki Mongolii a poza tym można do niej dojechać w ciągu jednego dnia z Ułan Bator.


Orchon należący do zlewiska Oceanu Arktycznego, ma swoje źródła w Górach Changajskich, paśmie górskim należącym do Ałtaju Mongolskiego, położonym w centralnej części Mongolii i płynie zachodnim skrajem strefy stepu w kierunku północnym, by po osiągnięciu pasa tajgi podążać na północny wschód.
Po przepłynięciu 1124 km, Orchon wpada do Selengi, rzeki uchodzącej do Jeziora Bajkał. Warto wspomnieć, że w dolinie górnego Orchonu położone jest miasto Karakorum, które w średniowieczu stanowiło centrum życia politycznego i administracji imperium Czyngis-chana.

Biorąc pod uwagę analizy drożności rzeki  oraz pomiary odległości pomiędzy szlakami komunikacyjnymi  prowadzone na podstawie zdjęć satelitarnych przez Mikołaja, zdecydowaliśmy się na start poniżej Karakorum, od mostu koło jeziora Ӧgiy Nuur i przepłynięcie przełomu Orchonu przez góry północnej Mongolii, przebijającego się pomiędzy pasmem o nazwie Burgen-nuru od północnego zachodu a pasmem o nazwie Burgut od południowego wschodu. Na realizację programu kajakowego założyliśmy 12 dni i w zależności od tempa płynięcia zakładaliśmy zakończenie spływu w miejscowości Orchon, przy drodze z Bulgan do Ułan Bator (247 km), lub dopłynięcie w pobliże miejscowości Orkhontuul, przy linii kolejowej z Erdenet (474 km).



Pierwotnie zamierzaliśmy wypożyczyć kajaki na miejscu, ale nie znaleźliśmy żadnej wypożyczalni kajaków wyprawowych. Chciano nam wypożyczyć kanadyjki, ale tylko z przewodnikiem i z obwiezieniem najtrudniejszego przełomu. Straszono, że przy dużej wodzie trudności mogą być nawet WW III czy WW IV. Ponieważ chcieliśmy przepłynąć całość, postanowiliśmy wziąć kajaki z kraju. Wojtek płynął na wielokrotnie modernizowanym kajaku marki Ciesielka (jedynka), Mikołaj i Marek na świeżo zakupionych kajakach pneumatycznych Gumotex Swing II (dwójki). Zdając sobie sprawę z potencjalnych zagrożeń, założyliśmy obniesienie sprzętu w najtrudniejszych miejscach. Poza tym, dysponując dwoma kajakami dwuosobowymi, byliśmy przygotowani do awaryjnego płynięcia w przypadku ewentualnej utraty jednego kajaka.

Po przylocie do Ułan Bator spędzilismy dwa dni na aklimatyzacji i zwiedzaniu muzeów oraz klasztorów, po czym wsiedlismy do wynajętego mikrobusa i pojechalismy na zachód. Podróż trwała dwa dni, w czasie których zwiedziliśmy klasztor Erdene dzuu chijd w Karakorum i ukryty w dzikich górach klasztor Towkchon chijd, miejsce kontemplacji głównego artysty i przywódcy duchowego Mongołów, inkarnacji Buddy - Zanabazara. W końcu dotarliśmy do miejscowości Ӧgiy, a następnie do startowego mostu na rzece Orchon. Kilkaset metrów poniżej tego mostu założyliśmy biwak wstępny i zajęliśmy się ogólnym przepakowywaniem wyprawowym i rozkładaniem naszych kajaków Nasze prace wywołały żywe zainteresowanie mieszkańców pobliskich ger’ów (tak się tutaj nazywa jurta), ale ambitnie zmotywowani do wczesnego wypłynięcia nie daliśmy się skusić na wizytę w gerze. Charakterystyczne uderzanie dłonią po szyi nie pozostawiało wątpliwości że głównym daniem miała być wódka Genghis Khaan.



Do końca nie byliśmy pewni jaki będzie stan wody w rzece. Najbardziej obawialiśmy się niskiej wody – nasze kajaki mogły by nie przetrzymać ciągłego szorowania o dno. Już w kraju, a potem w Ułan Bator mieliśmy jednak pocieszające wieści – to było wyjątkowo deszczowe lato, wszyscy są szczęśliwi bo trawa rośnie i zwierzęta nabierają tłuszczu. I rzeczywiście – koryto Orchonu było pełne wody i nurt rwał mocno. Zaczęliśmy dla odmiany nieco obawiać się przełomu – przy tym stanie wody rzeczywiście trudności mogły sięgnąć WW IV, a nie byliśmy pewni czy wszędzie da się je obnieść. Zasypialiśmy z oczekiwaniem wielkiej przygody. Pierwszego dnia spływu wstaliśmy o siódmej i około dziewiątej byliśmy na wodzie, żegnani przez stada koni i bydła przepływającego obok nas na drugi brzeg i współczując źrebakom spychanym w dół rzeki w szybkim nurcie. Mimo teoretycznie niewielkiego spadku rzeki, od razu osiągnęliśmy prędkość podróżną około 11 km/godzinę. Szybko dopłynęliśmy do drewnianego mostu lokalnej drogi z Battsengel, rozkoszując się ciepłą słoneczną pogodą.
Po dwóch godzinach poleniuchowaliśmy trochę na brzegu, ustalając tym samym typowy rytm dnia. Chcąc zrealizować ten bardziej ambitny program spływu, zdecydowaliśmy się na ośmiogodzinną szychtę na wodzie, z wyłączeniem dni zakupowych, dni krajoznawczych i dni transportowych.


Niestety do tej grupy należał ten pierwszy dzień spływu, gdy oceniliśmy, że musimy uzupełnić zapasy śniadaniowe w Oldziyt, ostatniej miejscowości przed przełomem. Wbrew opiniom krążącym w Internecie, w lokalnych sklepach można było kupić żywność (bardzo wiele przetworów owocowych i warzywnych z Polski!), nawet chleb, dżem i konserwy rybne. Brakowało tylko konserw mięsnych, czemu trudno się dziwić, gdyż w każdej jurcie był dostępny zapas baraniny lub koźliny.


Pierwszy biwak rozbiliśmy sześć kilometrów za mostem w Oldziyt, na lewym brzegu rzeki tuż obok kępy krzaków, zapewniających opał do gotowania. Tego dnia przepłynęliśmy 56 kilometrów.
Wyszukiwanie krzaków na brzegu rzeki było istotnym elementem, gdyż mieliśmy ograniczone zapasy benzyny, a codziennie spędzaliśmy kilka godzin przy ognisku gotując solidny obiad, a później po 2 flaszki wody do picia na następny dzień. Większość dni spływu była upalna, a woda w rzece zawierała tyle mułu, że nawet nie próbowaliśmy jej filtrować. Mikołaj, chemik z zawodu, po dwóch dniach wożenia tej samej wody pitnej we flaszce zaczął nam wyjaśniać zjawisko koagulacji (zbijania się mułu w kłaczki) w oparciu o zawartość swojego „peta”. Ale dzięki temu mułowi nasze picie było bardziej pożywne.
Podczas wychodzenia z kajaków kolejny raz stwierdziliśmy, że stan wody w rzece sięga około 20 cm powyżej linii trawy na brzegu, co nie będziemy kryć, wzbudziło w nas trochę emocji (ten przełom!). Rano, poziom wody był taki sam.


Już  w trakcie pierwszych dniach dni podróży po Mongolii, zauważyliśmy, że przed  każdym gerem obowiązkowo stała bateria słoneczna, talerz anteny telewizyjnej, samochód i ewentualnie stojak do przywiązywania dyżurnego konika.
Bliżej cywilizacji typowy zestaw komunikacyjny to auto osobowe oraz motocykl, w stepie raczej półciężarówka i konik. Przeganianie bydła przez pastucha na motocyklu dostrzegliśmy już za rogatkami Ułan Bator.
Tutaj, w jurtach widocznych po drugiej stronie rzeki obowiązywał układ: półciężarówka i konik.


Drugi dzień naszego spływu minął na oglądaniu jurt, mijaniu stad ciekawskich zwierząt domowych, pozdrawianiu nastoletnich jeźdźców oraz fotografowaniu. Ze zwierząt najsympatyczniej zachowywały się konie, które dostojnie pochylały głowy w geście pozdrowienia. Krowy, owce, a zwłaszcza kozy, przyglądały się z zaciekawieniem, natomiast nieliczne jaki były jakby nieobecne. Dzieci przyglądały się z zaciekawieniem, natomiast napotkany pasterz oprawiający kozę na nadbrzeżnym drzewku, zapraszał nas na konsumpcję, wykonując rękoma wymowne gesty. Niestety, byliśmy właśnie po śniadaniu, a poza tym na początku spływu, po odwiedzeniu kilku jurt w trakcie dojazdu, nie bardzo chcieliśmy spędzać pół dnia na wizytach.



Trzeci biwak założyliśmy na wyspie, tuż za ostatnimi jurtami przed przełomem, przy wąskim pasemku nadbrzeżnych krzaków, po przepłynięciu kolejnych 66 kilometrów. Rozkładając biwak obserwowaliśmy ludzi ładujących łopatami piasek, na znanego nam z Polski dużego Ziła z niebieską kabiną kierowcy.
Naszym szefem ogniskowym był Wojtek, stosujący swój własny patent: kij wkopany w skos nad ogniem i garnek zamocowany na cienkim drucie. Drut pozwalał na regulację wysokości garnka nad ogniskiem, a także na czasowe odsunięcie go znad ognia – niezwykle użyteczne. . Wojtek zabrał ten sam okopcony przez lata garnek, starannie przewożony w szmacianym pokrowcu i stanowiący bardzo dobre przybliżenie tego, co fizycy zwą „ciałem doskonale czarnym”. Ciało doskonale czarne, jak wiedzą ci co pamiętają politechniczny kurs fizyki, najlepiej ze wszystkich ciał absorbuje promieniowanie, w tym promieniowanie ogniska. Patent Wojtka bije efektywnością wszelkie inne spotkane rozwiązania. Na  zimowym spływie Wisłą Wojtek gotował posiłek na ognisku nawet przy temperaturze minus 16oC.



Przełom rzeki przed nami i wysoki stan wody stanowił stały temat rozmów i co wieczór wbijaliśmy patyczek żeby sprawdzić czy woda podnosi się czy opada, z cichą nadzieją że może trochę opadnie. Ale poziom rano był dokładnie taki sam. Po obfitym śniadaniu pożegnaliśmy naszego Ziła, ostatnią szansę na obwiezienie nas i sprzętu dookoła przełomu. Przez pierwsze 20 kilometrów miało być spokojnie, aż do miejsca skąd organizatorzy spływów zdejmowali swoje ekipy z wody. Przez większość tego odcinka było nie tylko spokojnie ale i uroczo. Po obu stronach rzeki pojawiły się niewysokie strome zbocza, na których tylko nieliczne stada kóz i owiec były w stanie wyjadać trawy. Na jakieś 5 kilometrów przed wspomnianym punktem pojawiły się bystrza, z początku umożliwiające opłynięcie przeszkód bokiem, następnie nastąpiła seria trochę trudniejszych bystrzy z półmetrowymi falami, by przejść do konkretnej serii trzech bystrzy z metrowymi falami. Drugie z tych bystrzy miało dobre kilkaset metrów, zaś na trzecim fale załamywały się pod różnym kątem, że nawet zerwały jeden z fartuchów Swinga. Swingi były tak wypełnione bagażem, że nawet całkowite ich zalanie ich wodą nie groziło niesterownością.

 

Przy przełączce przez którą organizatorzy spływów dojeżdżali do rzeki zrobiliśmy przerwę, zaskoczeni zmianą charakteru rzeki poniżej. Od tego miejsca rzeka płynęła łagodnie, jak rzeka nizinna, by po kilku kilometrach ponownie nagle przypomnieć, że ma bystrza, później pokazać bystrza zaopatrzone w wystające buły kamieni, przeplatane skalnymi prożkami z pasmami kipiącego nurtu, by ostatecznie dotrzeć do długiego bystrza znikającego za stromą ścianą skalną. Swingi szły po tym wszystkim jak burza, Wojtek dokonywał cudów zręczności w składaku  mistrza Ciesielki, ale raz czy drugi, pchnięty jakąś falą , musiał ratować się podpórką, co uświadomiło nam, że punkt krytyczny spływu jest już przed nami.


Zdecydowaliśmy się na zatrzymanie w cofce tuż przed tym ostrym zakrętem i założenie biwaku na zarośniętym brzegu pod zboczem kumulacji Urhupuun Ooo (2077) stanowiącej  jedną ze ścian skalnego przesmyku.
Bystrze składało się z trzech sekwencji: stromego ześlizgu ze skalnymi prożkami i wystającymi kamieniami, szybkiego nurtu przetaczającego się po kamienistym podłożu wokół wspomnianej skalnej ściany jednego ze szczytów masywu Dułan-Hara, by popłynąć w kierunku potężnych want przegradzających lewą część koryta, a po przetoczeniu się przed tymi wantami i skręceniu w dół rzeki, przepłynąć przez metrowy próg i zejść na kamienisty ześlizg. Całkowita długość tego bystrza to 500-600 metrów. Co gorsza, z naszego biwaku nie było widać końca bystrza, a po obu stronach rzeki były spore skały schodzące do samej rzeki. Nie widać było możliwości obejścia.
Tego dnia spływu przepłynęliśmy 33 kilometry. Miejsce biwaku było piękne, w środku dzikich, zupełnie pustych gór, bez żadnych śladów wypasu zwierząt wokół. Natomiast widać było ślady ogromnych powodzi (naniesione drzewa i piasek) dobre 4-5 metrów powyżej obecnego, dość wysokiego stanu wody. Trudno nam było sobie wyobrazić jak gigantyczna to musiała być wtedy rzeka. . Zasypialiśmy ze sporym niepokojem czy da się obnieść bystrze.



Rano, po rozeznaniu końcowej części bystrza, opłynęliśmy bocznym korytem skałę po lewej stronie na wysokość wspomnianego progu i obnieśliśmy go wspinając się stroma ścieżką. Następne dwa bystrza miały kształt zwężki ze sporym łańcuszkiem fal, po czym ostatnie dwa szerokie kamieniste ześlizgi i koniec prawdziwych trudności.
Decydujemy się na biwak na półce tarasu zalewowego koryta Orchonu. Na tarasie położonym na przeciwległym brzegu widać drogę, pewnie wykorzystywaną do dowożenia kanadyjek po obwiezieniu przełomu.
Szybko pojawiają się po tamtej stronie ludzie zapraszający nas do domków ośrodka wypoczynkowego zlokalizowanego kilkaset metrów niżej. Dziękujemy za zaproszenie i zostajemy u siebie. Transport sprzętu oraz kolejne rozpoznania zajęły nam tyle czasu, że tego dnia przepłynęliśmy tylko 5 kilometrów.



Rano fotografujemy mgły unoszące się nad rzeką i przygotowujemy solidne śniadanie. Śniadaniowe kanapki i późniejsze przekąska z chałwy nie zdają egzaminu. Pół kilograma makaronu i puszka mielonki, okraszone grochówką pozwalają na efektywne wiosłowanie do drugiego postoju. Wysokie ściany towarzyszą nam jeszcze przez 13 kilometrów. Na pierwszym postoju Mikołaj odkrywa tropy wilka, później leżąc po obiedzie obserwujemy nad nami orła z rozpostartymi skrzydłami, pięknie podświetlonymi przez słońce, by w dalszej części drogi podziwiać kryształy bazaltu odkryte nad samym korytem rzeki. Niezwykle sympatyczny dzień. Biwak może trochę za wcześnie (po 56 km), ale nie chcemy dopływać do byłej bazy wojsk radzieckich, turystycznej atrakcji następnego dnia.


Śpimy w wysokich zaroślach lebiody, nie zwracając uwagi na życie wokół nas. Pełno życia wokół, że musimy zamykać szczelnie suwak, aby uchronić wnętrza namiotów od wizyt tych mrówek, pająków, komarów, ciem, motyli, koników polnych i innych żyjątek. Nie gryzą, ale przeszkadzają. Powyżej traw królują hałaśliwe cykady, prezentujące czerwone barwy dolnej części ciała. Na szczęście komarów prawie nie było, wbrew niektórym relacjom internetowym. Obserwując z niepokojem zmniejszającą się ilość puszek mięsnych, ustaliliśmy nowe menu śniadaniowe: makaron z rybkami z puszki. Zgodnie z jadłospisem zaobserwowanym przez Marka u studentów wietnamskich na jednym z obozów almaturowskich, na ciepło najlepsze są rybki w oleju, ale sprawdziliśmy, że te w sosie własnym też wchodzą.

 

Bliskość atrakcji szóstego dnia spływu zostaje zasygnalizowana licznymi autografami żołnierzy radzieckich pozostawionymi na nadbrzeżnych skalach i opisującymi czas pobytu w miejscowej bazie oraz ich miejsce pochodzenia. W Mongolii stacjonowały wojska radzieckie należące do jednego z pięciu lądowych kierunków strategicznych – Dalekowschodniego Teatru Działań Wojennych, skierowanego przeciwko Chinom, Japonii i Korei Południowej. Nad Orchonem była baza czołgowa z towarzyszącym jej miastem.
Jako pierwsze obejrzeliśmy gruzowisko zaplecza magazynowego, by po kilku kilometrach dopłynąć do podciętego płaskowyżu z płaszczyzną lądowiska, za którym były resztki budynków gospodarczych i ogrodzone gruzowisko centrum z kasynem, budynkiem jakby przedszkola i innymi trudnymi do identyfikacji. Z tyłu tego miejsca widać było ruiny budynków mieszkalnych. Całe to wielokilometrowe pole bazy, było opróżnione z użytecznych rzeczy, nawet wykopy kanałów instalacyjnych nosiły ślady wyciągania rur. Po obejrzeniu tego miejsca położonego tuż nad Orchonem, stało się dla nas jasne, dlaczego w roku 1982 nie wpuszczono na przełom rzeki kajakarzy z Klubu Bystrze.


Żegnani obszernym zestawem autografów żołnierskich wzięliśmy się ostro za wiosłowanie, aby zdążyć zrobić zakupy w drugiej i ostatniej miejscowości na trasie naszego spływu. Orchon, osada położona przy drodze do Bulgan (stolicy ajmaku), miała dwa duże sklepy, w tym jeden z obsługą anglojęzyczną. Sklepy miały bogaty wybór piw, wódek oraz napoi bezalkoholowych, ale konserw mięsnych tradycyjnie nie było. Kupiliśmy więc chleb, dżemy, makaron, no i konserwy rybne. W oleju i w sosie własnym. Biwak założyliśmy kilka kilometrów za osadą, na łuku rzeki, za kępą krzaków i naprzeciwko lokalnego campingu. Biorąc pod uwagę 4 godziny spożytkowane na cele krajoznawczo-zakupowe, przepłynięty dystans 44 kilometrów wydawał się przyzwoity.



Rano siódmego dnia zdążyliśmy zwinąć się przed deszczem, krążącym w okolicy od popołudnia poprzedniego dnia. Na sucho dopłynęliśmy jeszcze do opuszczonego ośrodka wypoczynkowego – ktoś zainwestował potężne pieniądze w zupełnej dziczy i najwyraźniej coś mu nie wyszło. Dalej już praktycznie cały dzień płynęliśmy w mżawce, płynąc otoczeni niewysokimi wzgórzami przyozdobionymi omszałymi skałkami. Od czasu do czasu pojawiały się po bokach połoninki, natomiast w nurcie jedynym urozmaiceniem były liczne szumy.
Po przepłynięciu 62 kilometrów, wykorzystaliśmy chwilowe przejaśnienie i założyliśmy biwak na skraju nadrzecznego płaskowyżu. Po pojawieniu się deszczu, z czystym sumieniem spożywamy jeden z awaryjnych zestawów liofilizowanego gulaszu. Naprawdę dobry.


Ósmego dnia znowu udaje się nam spakować  bez deszczu, ale dzień jak poprzedni. Spadek Orchonu jakby większy. Po przepłynięciu kilku kilometrów, nagle pojawia się na brzegu budowla z charakterystyczną wieżyczką, nie istniejąca na żadnej mapie. Tak jakby więzienie. Dalej aż do kotliny dawnego kołchozu, płyniemy pomiędzy górkami. We wspomnianej  kotlinie nieliczne stada bydła. Teraz podjęliśmy decyzję, że spływ kończymy w południe 11 dnia spędzonego na rzece, a po jego zakończeniu chcemy jeszcze obejrzeć Amarbajasglant chijd, jeden z trzech najważniejszych klasztorów buddyjskich w Mongolii, jedyny z tej trójki, który został nam do obejrzenia. Dwa pozostałe: klasztor Gandan w Ułan Bator i klasztor Erdenedzuu chijd w Karakorum zwiedziliśmy już wcześniej. Kilka kilometrów dalej samotna jurta na lekko podwyższonym brzegu, z której jeździec przeprawia się z luzakiem na drugi brzeg, aby przewieźć kolejno dwójkę młodych ludzi, którzy przyjechali tam autem osobowym. Woda sięga jakieś 30 cm powyżej brzucha konia. Przy wylocie z kotliny nowe atrakcje w postaci bystrzy z nieregularnymi, wysokimi na 80 cm falami i wantami w nurcie. Pod koniec dnia deszcz przestaje padać, pojawia się nawet słońce, po przepłynięciu 56 kilometrów zakładamy biwak w miejscu podobnym do poprzedniego noclegu. Wykorzystujemy słońce do podsuszenia namiotów i śpiworów. Wojtek mierzy też wysokość npm. naszego biwaku. Wychodzi, że śpimy na wysokości 900m.


Dziewiątego dnia płyniemy już bez kurtek przeciwdeszczowych. Towarzyszą nam to skaliste zbocza, to połoninki, to wychodnie zlepieńców,  no i oczywiście dość szybkie bystrza. W pewnym momencie zaczyna wokół nas krążyć burza z potężnymi grzmotami. Szybko dopływamy do brzegu zarośniętego karłowatymi drzewami i błyskawicznie rozstawiamy namioty, aby już w środku przeczekać gwałtowna ulewę, obserwując na suficie wędrówki i walki opisanych wcześniej żyjątek. Siłą rzeczy przepłynięty dystans jest krótszy, tylko 43 kilometry. Za to, życie towarzyskie przy ognisku wyraźnie dłuższe. Mikołaj specjalizujący się na biwakach, m. in. w wycinaniu (suchego!) drewna na opał odkrywa, że te karłowate drzewka mają dużą ilość słoi sugerujących wiek około 80 lat. Wycina próbkę i zabiera ją do dalszych badań.


Dziesiątego dnia Orchon rozlewa się szeroko, wypływamy między ludzi. Jurty, połoniny, łąki, stada zwierząt, nawet wielbłądy. Na postoju w miejscu gdzie linia kolejowa z Erdenetu dociera do rzeki, przyjeżdża do nas dwunastoletni jeździec. Robimy sobie z nim fotografie, dostaje od nas nóż i zabawkę konika. Nóż chowa fachowo do cholewy buta, konikiem bawi się stawiając go na grzbiecie żywego konia, co ten znosi ze stoickim pokojem.
Rewanżując się po pokazie zdjęć z naszych aparatów fotograficznych, wyciąga telefon komórkowy i pokazuje nam film z żywym jeżem w roli głównej. Żegnamy się przyjaźnie i za kilometr natykamy się na wielbłądy zażywające kąpieli w rzece. Za następny kawałek wychodzimy na samotny nadbrzeżny szczyt, aby obejrzeć i sfotografować meandry Orchonu oraz linii kolejowej z pociągiem towarowym.


Linią tą jeździ jeden pociąg osobowy dziennie z Erdenetu do Ułan Bator i jeden z Ułan Bator do Erdenetu.
Biwak rozbijamy w nadbrzeżnym lasku naprzeciwko linii kolejowej, zamierzamy wieczorem obejrzeć nasz pociąg, którym następnego dnia będziemy jechać do Darchanu. W ten upalny dzień nie chciało nam się płynąć dalej. Kąpiemy się, po czym zapadamy w cieniu i leniuchujemy. Przepłynęliśmy 39 kilometrów. Wieczorem potwierdza się internetowa informacja – nasz pociąg przejeżdża.


Ostatniego dnia pakujemy się bez pośpiechu i płyniemy tym ciągle bystrym nurtem obserwując jurty i kozły z wyjątkowo dużymi rogami. Podróż kończymy po 17 kilometrach przy moście linii kolejowej z Erdenet. Za mostem kolejowym kursuje prom napędzany ręcznie przez małżeństwo Mongołów. Wypatrujemy półciężarówkę zaparkowaną koło ich jurty i uzgadniamy z gospodarzem, że zawiezie nas z  bagażami na dworzec w Orchontuul.
Pogoda na szczęście wspaniała, możemy wyczyścić , wysuszyć i spakować kajaki i cały sprzęt.
Na dworcu czekamy na wieczorny pociąg w towarzystwie licznej gromady dzieci, a później grupy podchmielonych mężczyzn towarzyszących Francuzowi, który przyjechał do Mongolii w poszukiwaniu przygód i żony.
Do Darchanu jedziemy wagonami kupiejnymi, jedynymi mogącymi pomieścić nasz bagaż.



Przepłynęliśmy 477 kilometrów ze średnią prędkością 10 km/godz. Oprócz bystrzy w przełomie górskim nie napotkaliśmy większych trudności, ale oczywiście sprzyjała nam wysoka woda. Przy niższej wodzie przeprawa przez niektóre głazowiska lub przemiały mogła by być trudna.

                        Marek, Mikołaj i Wojtek

Galeria zdjęć autorstwa wszystkich nas trzech.