Wyprawy i inne



 

DEBIL 2012 (2012-06-22 - 2012-06-23)


Członkowie wyprawy:
- Milimetr Bąk (MB)
- Marek Stępień (Ślimak)
- Krzysztof Stańczak (KS)
- Grzegorz Krowicki (GK)


DEBIL 2012 jak zwykle wzbudził wielkie zainteresowanie wśród braci kajakarskiej, w tym i wśród członków KiMu. Czterech z nas wzięło udział w tej najbardziej morderczej i najdłuższej polskiej imprezie kajakowej. Oczywiście z sukcesami :)
Relacja Milimetra jest tutaj

 

Relacja Grzegorza Krowickiego:

Tyle się nasłuchałem o D.E.B.I.L.- u. W tym roku postanowiłem sam spróbować własnych sił. Zjawiam się zatem w Gdańsku w klubie Żabi Kruk w piątek ok. 16-ej. Spotykam sporo znajomych z innych spływów i zawodów. Sama kajakarska śmietanka. Mniej więcej połowy ludzi nie znam ale szybko się aklimatyzuję. Oglądam kajaki konkurencji. Mój Prijonik Combi jest jedną z dwóch najkrótszych łódek. Pakowanie rzeczy przysparza mi sporo trudności, pierwszy raz płynę na takim dystansie w tak krótkim czasie, w dodatku trzeba zabrać obowiązkowy regulaminowy sprzęt. Pakuję niezbędne moim zdaniem rzeczy zostawiając połowę szpeju w samochodzie, potem jednak okaże się, że należało zostawić jeszcze połowę tego co zabrałem. Z kolei w środku nocy okaże się że mój zestaw ubrań był nazbyt letni jak na panującą aurę. Jedziemy autokarem do Ostrzyc mijając po drodze Wierzycę. Czas przejazdu wykorzystuję na zdobycie cennych wskazówek na temat trasy. Pakowanie kajaka zawsze zajmuje mi sporo czasu, żeby nie opóźniać wypłynięcia dopycham wózek nogami w dziób kajaka. O 19.19 startujemy . Zostaję na starcie minutę dłużej aby dopytać czy dobrze zapisałem numer telefonu obowiązujący na check pointach. Widzę zatem cały peleton przed sobą. Szybko doganiam ostatnich uczestników. Już po sposobie wiosłowania widać, że nie wszyscy dotrą do mety. Szybko przeganiam około 10 załóg płynąc raźno przez Jezioro Ostrzyckie, na końcu którego znajduje się bagienko. Trzeba wysiąść i przeciągnąć kajak po kępach bagiennych traw, starając się nie wpaść po pas w czarną smierdzącą maź. Wpadam tylko po kolana, za to ortalion który mam na sobie nabiera dużo tego towaru do nogawek które przypominają łapy słonia. Przede mną walczy z kajakami kilku zawodników, próbując je przeciągnąć w trudnym terenie. W końcu docieram do twardego brzegu, gdzie się okazuje że wózek zaklinował się w kajaku. Staram się go wyciągnąć i sposobem i na siłę , bez rezultatu. Niepotrzebnie tracę cenne minuty i siły. Zdaje się ze to jest to frycowe o którym mówił Michał. W końcu udaje mi się jakoś wyszarpnąć wózek i przypinam do niego kajak. Mój wózek jest bardzo solidny, kupilem go razem z kajakiem jakieś 10 lat temu i leżał nieużywany w piwnicy. Przed wyjazdem oczywiście napompowałem kółka, jednak teraz mam okazję poraz pierwszy w zasadzie wykorzystać go w boju. Przed wyjazdem co prawda wypróbowałem go, ładując na niego kajak i robiąc kółka przed domem. Teraz okazuje się że solidność tego wózka jest zarówno zaletą, można byłoby zapewne przewieźć na nim dwa kajaki, (albo małe działko w czasie działań obronno-zaczepnych) jak i zmorą, jest za duży, za ciężki, przypinanie i odpinanie zabiera mi dwa razy więcej czasu niż bardziej doświadczonym D.E.B.I.L.om. Zresztą od razu na pierwszej przenosce gubię zatyczkę od jednego z kółek, szybko ją zastępuję patyczkiem, gałązką ułamaną z dzikiej jabłonki. Dalej płyniemy żwawo przez Jezioro Dąbrowskie. Uczestnicy podzielili się na 3 grupy. Pierwsza grupa kilku ścigantów zniknęła mi już z pola widzenia, druga to grupa „kontaktowa” z którą utrzymuję kontakt, tj. doganiam na przenoskach, póżniej podczas przenosek tracę z oczu i znowu doganiam na kolejnym akwenie aż do czasu kiedy znikną mi w ciemnościach. Inną kwestią jest kajak. Widzę jak na dłoni że zabranie kajaka krótszego tj. 396 cm w porównaniu z kajakami dłuższymi tj 440-520 cm było błędem. Aby uzyskać tę samą prędkość co koledzy muszę częściej machać wiosłem, albo wkładać więcej siły. Z drugiej strony popłynąłem kajakiem który bardzo dobrze znam, którym przepłynąłem kilka tysięcy kilometrów, pływałem na nim również zwałki, co potem w jarze Raduni okaże się cennym doświadczeniem i atutem mojego Combiaka. Dopływamy do końca jeziora Dąbrowskiego gdzie jest mała przenoska na prywatne jezioro Lubowisko, wtedy dobitnie orientuję się że mam za dużo rzeczy kajaku, jeden z uczestników jest w stanie zarzucić sobie kajak na barki i niesć go. Co prawda jest to laminat ale i tak mój kajak jest tak załadowany że nawet we dwóch byśmy nie dali rady. Okazuje się potem że zabranie kilogramowego co prawda namiotu było błędem, menażka nie przydała mi się wcale, ilosć zabranego jedzenia wysatrczyłaby na 3-4 dni na bezludnej wyspie, a ilość wiezionych napojów która co prawda była adekwatna do potrzeb ale można było zmniejszyć ze względu na co najmniej dwa sklepy po drodze. Przy przenosce na jezioro Stężyckie doganiam Marka Stepienia vel Ślimaka. Marek doskonale zna trasę, dzięki czemu nie błądzę po Stężycy, doganiamy jeszcze jednego zawodnika, którego imienia nie pomnę. Panowie robią sobie dłuższą przerwę, ja postanawiam płynąć wiedząc ze mam wolniejszy kajak, oraz mając świadomość tego jak pływa klubowy kolega. To była bardzo dobra decyzja, gdyż znajomość akwenu przez Marka później będzie bardzo przydatna. Jezioro Raduńskie to długa na 25-30 km wijąca się rynna z licznymi półwyspami i odnogami, szybko się ściemnia i płynę miarowo sam, przede mną widzę czerwony punkcik, to któryś z kolegów ma czołówwkę z czerwoną diodą z tyłu głowy, fantastyczna pomoc topograficzna, niestety znika mi za którymś z półwyspów. Około 23-ej zaczynam się niepokoić, nie ma nikogo przede mną, w ciemnościach nie widzę nikogo za mną. Tracę orientację. Na domiar złego nie mam mapy kolka raduńskiego gdyż byłem pewien że organizatorzy rozdają jakieś mapki. Jest to w dodatku pierwszy raz w życiu kiedy pokonuję kołko raduńskie, znam tylko malutki odcinek z Wierzycy do Ostrzyc ze „Zlotych Lisci” a więc odcinek którym nie chcę płynąć, w pewnym momencie robię sobie przezerwę w wiosłowaniu, słyszę za mną w oddali uderzanie wioseł o wodę ale nikogo nie widzę. Po kolejnej pół godzinie wioslowania staram się podpłynąć bliżej lewego brzegu gdzie mrugają jakieś światła, z bliższej odległości widze jakieś postaci poruszające się po brzegu w świetle czołówek. Kto może się poruszać z czołówkami nad jeziorem o 24-ej w nocy jeśli nie kajakarze? Podpływam bliżej z przeświadczeniem że to koledzy. Okazuje się jednak że to grupa nurków ćwiczy nocne nurkowanie. Kieruję się zatem blizej w stronę prawego brzegu , w pewnym momencie mam wrażenie że jakiś duch w kajaku przepłynął 100 może 200 metrów obok mnie. Świecę czołówką ale bez odzewu. W końcu dopływam do przenoski w Chmielnie przy której spotykam Ślimaka! (duch się zmaterializował) i jeszcze jednego kolegę – tego z czerwoną diodą. Jest godzina 1-sza w nocy. Ziąb okrutny, jest poniżej 10 stopni C. Po krótkim postoju ruszamy dalej we trzech. Całe szczęście że są koledzy gdyż na jeziorku Kłodno można pobłądzić. Przeciskamy się pod kolejnym mostem drogowym (dzięki wskazówkom Milimetra wiem ze trzeba przesuwać się „po palach”po lewej stronie) pokonujemy jezioro Małe Brodno, i Wielkie Brodno pomiędzy którymi jest most, kanał i fajne bystrze. W końcu kolejny most, kolejny kanałek i wypływamy na Jezioro ostrzyckie, tu spotykamy kolejnego kolegę, który bładzi od kilkunastu minut i szuka Ostrzyc, odnalezienie pierwszego check pointu zajmuje nam kolejny kwadrans i to pomimo ze Marek zna doskonale akwen i posiada mapę, po prostu w nocy wszystko wygląda inaczej, nie ma charakterystycznych punktów, a najciemniej jest jak zwykle pod latarnią. Gdybym był sam zapewne blądziłbym dużo dłużej, choć być może wtedy mógłbym wykorzystać namiot J. Pierwszy check point Ostrzyce. Godzina 2-ga w nocy. Na Check poincie spotykamy jeszcze jednego kolegę który pichci sobie coś pod murem, a potem układa się na karimacie i zasypia (nie spotkam go już poźniej na trasie) Potem dopływa jeszcze jeden uczestnik. Pożywiam się, odpoczywam, przebieram w suche ciuchy- jest tak zimno ze szczękam zębami, wyciągam śpiwór i wchodzę do niego na siedząco. Nie ma co się klaść- to dopiero była rozgrzewka, przypłynąłem 40 kilometrów, najtrudniejszy etap przede mną. Ruszam jako ostatni nie licząc kolegi który śpi pod murem. Szybko jednak doganiam jednego z uczestników, zamieniamy kilka przyjaznych słów i płynę dalej. Powoli się rozwidnia, nad wodą unoszą się mgły robi się nieco cieplej, ciekawskie zające wystawiają słuchy. Rzeka wije się monotonnie przez około 20 km. W jednym z zakoli mijam Ślimaka który półdrzemie w kajaku.

W końcu zaczyna się jar Raduni, zwałka, za zwałką, obnoska i kolejna zwałka. Zgodnie z sugestiami Michała nie przejeżdżam wszystkich zwałek na silę, mniej więcej ž te pokonuję wodą a ź tą obnoszę, udaje mi się pokonac drogą wodną wiele takich, które sądząc po śladach na brzegu były obnoszone ale te najtrudniejsze również obnoszę. Chodzi o to aby nie tracić niepotrzebnie sił i nie zwiększać niepotrzebnie ryzyka. Pokonywanie zwałek jest trudniejsze niż zwykle z kilku względów, po pierwsze mam już za soba 60 kilometrów, po drugie zarwana nocka, po trzeciem przeładowany kajak, po czwarte presja czasu. Gdzieś mniej więcej w polowie jaru wyprzedza mnie Ślimak. Pokonuje zwałki wzorowo. Zastanawiam się przy okazji czy lepiej w takich sytuacjach sprawdza się strategia nastawiona na indywidualny wynik czy na współpracę? To czego uczył mnie Kazik i Milimetr to była współpraca. No ale wyścig to wyścig. Zauważam że najwięcej trudności sprawiają zwałki wyglądające z daleka na łatwe. Jeżeli nie udaje się pokonać zwałki za drugim, trzecim podejściem –obnoszę. Trudność polega także na podejmowaniu decyzji, zmęczony umysł potrzebuje więcej czasu na podjęcie decyzji ktorędy plynąć. Na Raduni trzeba te decyzje podejmować szybko. Robi się coraz jasniej brzegi jaru nieco się obniżają, nie wplywa to jednak na obniżenie stopnia trudności, kilka przejść dołem ukazuje mi słabość mojego sfatygowwanego fartucha, nabieram jakieś 100 litrów wody do kajaka, a że nie mam gdzie jej wylać płynę dalej, wkrótce pojawia się banalna przeszkoda w postaci trójkątnie ulożonych konarów pod którymi należy przepłynąć, prąd znosi mnie nieco probuję wykonać energiczny ruch co z kajakiem w 1/3 –ej wypelnionym wodą kończy się kabiną. Kąpiel wpłynęła orzeżwiająco. Szybko wylewam wodę z kajaka i płynę dalej. W końcu docieram do elektrowni wodnej w Rutkach. Nie wiem jednak dlaczego wydaje mi się że to Żukowo. Melduję że jestem w Żukowie, choć okazuje się to bardziej myśleniem życzeniowym, do Żukowa jeszcze godzina płynięcia. W efekcie mam wrażenie ze Żukowo nie kończy się nogdy gdyż kogokolwiek pytam z nielicznycch wędkarzy po drodze, każdy odpowiada- Żukowo. Żukowo- never ending story. Mówi się trudno i płynie się dalej. Zaczyna się kraina elektrowni wodnych. Na jednej z przenosek widzę koleżankę, która kibicuje dwóm kajakarzom, jeżdząc wzdłuż trasy samochodem, zdaje się że kibicuje narzeczonemu i wujkowui którzy płyną D.E.B.I.L. a, już wczesniej widziałem ją dwukrotnie. Zamieniamy kilka słów. Informuje mnie gdzie jestem , a że mam dość dokładną mapę Raduni mogę się zlokalizować. Nie wygląda to zbyt dobrze jest jeszcze przede mną dużo płynięcia (pomyslałem wtedy nieco inaczej). Pojawia się duża trudność, są takie odcinki rzek porośnięte wierzbą i jakimiś pylącymi łozami czy trawami na które jestem uczulony, oczy pieką jak diabli, powieki puchną i wywijają się na zewnątrz, początkowo łzy leją się strumieniem, a potem śluzowki wysychają, czuję ogromny ból i nic nie widzę. Muszę się zatrzymać co na Raduni nie zawsze jest proste, przemywam oczy wodą z camel baga, wyciągam okulary z bocznymi ochraniaczami, które używam w górach, również okulary musze umyć wodą z butelki. Pomaga na około 45 minut. Wiosłuję ile pary w mięsniach, żeby opuścić zagrożony akwen. Wokularach mam rozne przewidzenia, a to wydaje mi się że w rzece kąpią się dzieci, a to że płynie przede mną kajak. Okazuje się ze to tylko taki układ gałęzi, który powoduje iluzję. Po godzinie dopływam do jeziora. Jest wiatr. Hurra. Stężenie pyłków zmalało. Mogę zdjąć okulary które ograniczają mi pole widzenia. Zaczyna się kraina elektrowni. Kiedyś bardzo lubilem elektrownie. W przeciągu dwóch, trzech godzin zacznę je nienawidzieć. W końcu dopływam do Kolbud gdzie spotykam dwóch kolegów, jeden opala się na słoneczku, drugi plywa rekreacyjnie kajaczkiem po jeziorku. Co jest? Nie płyniecie dalej? EEE nie ma sensu, słysze odpowiedź, Nie zdążymy na czas. Jak to nie ma sensu? Nie po to tyle płynąlem żeby teraz się poddać. Daję w palnik żeby jakiś chochlik nie osłabił mojej motywacji. Docieram do kanalku konczacego jezioro Bielkowskie, gdzie zaczyna się najgorsza przenoska, najpierw z kilometr wzdłuż wału i pod górę do wieży ciśnień, (kilka napraw wózka, który się sklada na wybojach , pęka tez jedna guma mocująca wozek do kajaka) a potem wzdłuż rury po gałęziach pozostawionych po wyrębie drewna, gdzie wózek kilka razy się zakleszcza, pod górę i w dół bardzo stromym zejściem do kanału poniżej elektrowni. Jestem naprawdę z.....męczony. Na samym dole w korycie rzeki ląduję w pryzmie muszelek które wsypują mi się do butów, jest fajnie. Na szczęście sympatyczny śluzowy informuje mnie jak będzie dalej i że za kolejną nastepną elektrownią, która jest trudna, kolejne będą już wyposażone w bindugi dla kajaków oraz pociesza mnie ze kolejne elektrownie są czynne wobec tego nurt będzie szybszy. Pyta też o to skąd płynę, kręci z uznaniem głową. Płynę dalej wiem że mam problem z czasem i że mogę nie zmieścić się w 24 h staram się przyspieszać. Na jeziorze i prostych odcinkach idzie mi nieźle, gdyby jeszcze nie te elektrownie. Następna na końcu jeziora Goszczyńskiego okazuje się trudna do obniesienia, zgodnie ztym co mówil śluzowy. Wyciągam kajak po betonowym nabrzeżu na szczyt wału po czym zjeżdżam z kajakiem do kanału przez środek terenu elektrowni, przeciskam kajak pod barierką i staram się go delikatnie opuścić na pasie do wody, kajak nabiera rozpędu nie mogę go utrzymać, taśma wyślizguje mi się z rąk no i Prijonik wypływa na środek kanałku beze mnie, prąd wody lekko go domnie przybliża, probuję przez chwile zlapać kajak na lasso, ale szkoda mi czasu, wskakuję do wody tak jak stoję, płynę do kajaka dopycham go do przeciwleglego brzegu, wskakuję i płynę dalej. Super! Taka orzeżwiająca kąpiel dobrze mi zrobiła. W końcu docieram do jakiejś miejscowości, widze jakiś szyld przy drodze poniżej której meandruje rzeka, na którym napisane jest Pruszcz Grański, melduję zatem że jestem w Pruszczu, niestety okazało się że tablica reklamująca firmę z Pruszcza stała sobie w Straszynie. Wkońcu rzeczywiście docieram do Pruszcza, i tu zaczyna się najbardziej monotonny i nudny odcinek rzeki. Trzysta metrów prosto, lekki łuczek , 500 metrów prosto, lekki łuczek, kilometr prostej, woda stojąca, po obu stronach rzeki szuwary, trawy i nic innego. Od czasu do czasu kolejna przenoska. Żuławy. W końcu docieram do Motławy .Zostało mi 20 minut aby zmieścić się w czasie. Wiem już że tym razem to się nie uda. Niemniej pedałuję twardo bo chcę już dopłynać do końca. Przychodzi kryzys. Zasypiam plynąc, kilka raxy budzę się o krok od kabiny, raz, czy dwa musze zrobić podpórkę. Na szczęscie tym razem bez kąpieli. Zatrzymuję się na dwie trzy minuty i lekko kimam w kajaku, tylko 2-3 minuty- pomaga. Rozrywki dostarczają wędkarze. Przepływam blisko przeciwległego brzegu najbliżej jak można a najdalej od wędkarza, który lowi z synkiem, a ten krzyczy – A wolniej to płynąć nie można? Po czy następuje wiązanka która w komiksach zwykle składa się z kilkunastu rysunków przedstawiających rózne kataklizmy i plagi; odpowiadam zatem wędkarzowi glośno i dobitnie: „I don’t speak Polish”. Slyszę jakiś bulgot który trwa kilkadziesiąt sekund po czy mz gardzieli osobnika wydobywa się: A w ryj, a wryj nie dostałeś? Za chwilę jednak odzywa się synek wsędkarza placzliwym głosem – Tato , tato przestań... Płynę dalej w ciszy. Po kilkuset metrach nagle wyskakuje z wody 200 metrów przede mną ogromny kilkunastu kilolwy sum. Piękny. Już wiem dlaczego wędkarze tak nienawidzą kajakarzy. My widzimy te wspaniałe ryby których nigdy nie będzie dane im złowić. Doplywam do progu wodnego, widzę bindugę. Próg jednak nie sprawia wrażenia wysokiego po lewej i po prawej stronie widać coś jakby platformy po których da się spłynąć, wybieram lewą stronę i daję czadu, jakis wędkarz krzyczy do mnie: „odchyl się do tyłu”, ja przeciwnie pochylam się do przodu i dzięki temu przepływam bezpiecznie. Krzyczę na odchodnym żejak się nie zna to żeby swoje rady zachowal dla siebie, bo jeszcze będzie miał kogoś na sumieniu. Bystrze pokonałem jednak bez fartucha, który zwinąłrm parę godzin wczesniej. Muszę zatem zatrzymać się przy najbliższej okazji aby wylać 100 litrów wody które mi się wchalapały dosrodka. Na szczęście kilometr dalej jest most z pięknym podestem jakby specjalnie przygotowanym do tego celu. Płynę zatem dalej, płynę i płynę i płynę, ciągle te trawy, to zielsko te Żulawy i żadnego Gdańska ani widu ani słychu. Pojawiają się jakieś rudery jakieś sporadyczne chałupy i domy ale zaraz potem kolejne trawy, zielsko, pola, gdzieś w odali majaczą przęsła mostu, wiem który to most i mam wrażenie że to jeszcze choolernie daleko. Zrezygnowany wiosłuję miarowo tyle ile mam pary pogodzony z losem i z tym, że jest jeszcze godzina płyniecia conajmniej, jest mi wszystko jedno po prostu chę już dopłynąć i basta.. Wyplywam zza kolejnego zakrętu i moim oczom ukazuje się na wprost mnie brama. To Gdańsk. Jestem u celu! Jesszcze 5-7 minut płunięcia i wpływam do basenu gdzie znajduje się Żabi Kruk. Tam spotykam się z bardzo miłym i ciepłym przyjęciem . Czeka na mnie Asia i koledzy którzy gratuluja mi dopłynięcia. Do wiaduję się ze ponad polowa uczestników zrezygnowała. Gospodarze otaczają mnie niezwykłą wprost troską, serwują gorące napoje wspaniały żurek, a potem białą kielbaskę z pysznymi ziemniaczkami w mundurkach z masełkiem, pożywiam się az do momentu kiedy nie mam już siły przeżuwać. Kładę się na wznak ławce i daję odpocząć plecom. Powoli pociągam sobie chlodne piwko z butelki. Na pewno na nie zasłużyłem. Mój czas 24.16. Nieźle jak na pierwszy raz.