Wyprawy i inne



 

Gauja XXL 2012 - maraton 310 km na Łotwie (2012-04-27 - 2012-04-29)


Członkowie wyprawy:
- Milimetr Bąk (MB)
- Kazik Rabiński (KR)
- Artur Michalski (AMi)
oraz: Piotr Rosada - czwarty Polak startujący w tej imprezie


Gauja XXL już jest wspomnieniem, więc powspominam…

 

Wyjechaliśmy na Łotwę dzień przed startem ustalonym na godzinę 19.00 w piątek 27.IV.
Podróż przebiegała sprawnie do momentu przekroczenia granicy.
Okazało się, że strajkują przewoźnicy i granicę musimy przejechać szutrowymi drogami.
Straciliśmy na to sporo czasu – za to mogliśmy podziwiać urocze, wiejskie krajobrazy
na polsko-litewskim pograniczu. Do Piotra Rosady, który już od tygodnia bawił na Łotwie
i czekał z rozpalonym ogniskiem dotarliśmy dopiero około pierwszej w nocy.

 

Szybko rozstawiliśmy namioty obok olbrzymich głazów i usiedliśmy przy ognisku.
Rozmawialiśmy o tym, jak Piotrowi pływało się na Vohandu i co porabiał tutaj przez tydzień.
My pochwaliliśmy się, jak minęła nam podróż.
Trochę porozmawialiśmy i położyliśmy się spać tuż przed trzecią.

 

Rano zachciało mi się podziwiać wschód słońca, więc nie wyspałem się za dobrze.
Obejrzałem nasz biwak, zwiedziłem sąsiadującą z nim elektrownię wodną.
Po spacerze położyłem się jeszcze na chwilę ale głównie po to, żeby poleżeć – nie mogłem już zasnąć.
Rano zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy rozmawiać – tym razem dla odmiany o kajakach;)
Na miłej pogawędce minęło nam pół dnia.
Po obiedzie postanowiliśmy wyruszyć na miejsce startu – do Lejasciems.

 

Na łące było już kilka samochodów.
Przywitaliśmy się z Wszystkimi - ze szczególnym uwzględnieniem Didzisa,
który nadzorował organizację tego wydarzenia.
Dopełniliśmy formalności, podpisaliśmy dokumenty i odebraliśmy nasze numery startowe.
Bardzo spodobała mi się moja dziewiątka. Zaczęliśmy przygotowywać nasze kajaki,
pakować obowiązkowy ekwipunek (namiot, butla gazowa z palnikiem, jedzenie, ubrania, apteczka itd).
Przebraliśmy się, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie, które miało firmować również naszą akcję charytatywną.

 

Nie wspomniałem o niej. Po sukcesie akcji zbierania funduszy na protezę nóżki dla Jasia Szopy,
namówiłem Kazika, Piotra i Milimetra na udział w akcji zbierania pieniędzy na spływ kajakowy Wisłą
dla osób po amputacjach kończyn. Wyprawa ta nosi wymowny tytuł „…w poszukiwaniu MOCY”
Uczestnicy nie tylko będą pływać kajakami – będą również poszukiwać celu, sensu i radości...
będą budować poczucie własnej wartości… będą poszukiwać MOCY na warsztatowych zajęciach,
które odbędą się w czasie wolnym od wiosłowania po Wiśle.
Kontakt z potężną rzeką jest tu jednak bardzo istotny!
Każdy kilometr naszego maratonu można kupić za 10 zł i wspomóc zorganizowanie tej Wyprawy. 

 

Po przebraniu się wskoczyliśmy do naszych kajaków i pospieszyliśmy na miejsce startu.
Wszyscy ustawiali się przed mostem w Lejasciems.
Ja nieelegancko zatrzymałem się, jako pierwszy i tak też wystartowałem.
Mogę powiedzieć, że prowadziłem przez pierwsze sto metrów, jednak zaraz zaczęli mnie wyprzedzać najlepsi.
Szybko poczułem różnicę możliwości naszego sprzętu ale również klasę umiejętności tych,
którzy tak bezproblemowo wyprzedzili mnie na pierwszym niezbyt fortunnie wziętym zakręcie.

 

Bardzo szybko uformowała się grupa najlepszych zawodników, których zobaczyłem dopiero na mecie.
Z drugiej strony po chwili nikt już mnie nie wyprzedzał i mogłem spokojnie rozkoszować się Gaują.
Jest ona wyjątkowo krętą ale i bardzo malowniczą rzeką.
Jej górny odcinek jest niezbyt szeroki ale nurt przy wysokim poziomie wody całkiem bystry.
Na zakrętach trzeba było uważać a i na późniejszych bystrzach, zwłaszcza przepływanych nocą robiło się
całkiem emocjonująco. Przez chwilę płynąłem z Gatisem – Łotyszem, który towarzyszył później Milimetrowi.
Bardzo sympatyczny chłopak i mi również fajnie się z nim płynęło – dopóki nie postanowiłem zrobić postoju
na założenie i uruchomienie czołówki. Od tego momentu przez całą noc płynąłem sam, chociaż nie samotnie.
Co chwilę kilka kilometrów przybrzeżnych zadrzewień przede mną nieustannie rozbłyskiwało światłami.
Był to naprawdę niezapomniany widok, kilka – kilkanaście błysków na raz, czasami jakieś dochodzące z oddali głosy. Wiedziałem, że to samo dzieje się za mną, więc czułem się całkiem komfortowo – wiedząc, że w razie czego
mogę liczyć na pomoc nadpływających – dobrze, że nie płynąłem jako ostatni ;) 

 

Nad ranem dogoniłem Andrisa przez chwilę porozmawialiśmy, włączyłem kamerkę,
którą miał zainstalowaną na przodzie kajaka i dałem sfilmować swoje plecy.
Popłynąłem trochę szybciej do przodu i nagle usłyszałem … rżenie.
Zobaczyłem na brzegu przepięknego konia . Wspinał się na tylnych nogach i rżał próbując pokazać,
że ta rzeka należy do niego. Oczywiście, gdybym to opowiedział ot tak sobie
– wszyscy by powiedzieli, że to halucynacja. Milimetr powiedziałby nawet, że to jego halucynacja …
ale zdążyłem zrobić dwa zdjęcia. Widok niezapomniany!

 

Przed pierwszym punktem kontrolnym spotkałem jeszcze Janisa,
który w żółtym maratonie wyprzedził mnie gdzieś po drodze. Spał w dosyć dziwacznej pozycji,
oparty plecami o tył kajaka tuż przy brzegu rzeki. Przeraźliwie blady. Zapytałem się, czy wszystko w porządku.
Ocknął się i stwierdził, że tym razem nici z jego 310km – wycofuje się.
Podpłynęliśmy razem na pierwszy przystanek i tu się pożegnaliśmy.

 

Czekał na mnie Paweł. Pomógł wysiąść z kajaka – nie jest to łatwe po kilku godzinach siedzenia
w umiarkowanie komfortowych warunkach. Szybko się przebrałem, zjadłem coś.
Pzez chwilę porozmawialiśmy i popłynąłem dalej. Czekało na mnie następne sto kilka kilometrów rzeki.

 

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów za postojem bardzo spokojne. Pogoda śliczna, może nawet zbyt słonecznie.
Nie posmarowałem się kremem z filtrem a niespecjalnie chciało mi się zatrzymywać - tak bez specjalnego powodu.

Mniej więcej po czterdziestu kilometrach zaczęły się bystrza Strencu. Całkiem zabawne urozmaicenie trasy.

Imponująca może być również długość tego "wyboistego" odcinka – miał on około pięciu kilometrów i tam,
gdzie mocniej wiało "pod prąd" dostarczał sporych emocji. W nocy pierwszego dnia przepływaliśmy bardzo podobne,

ale ze względu na porę dnia tamte sprawiały wrażenie bardziej niebezpiecznych.
Po bystrzach miałem w końcu okazję zrobić przystanek i posmarować się kremem
– słońce już naprawdę mocno grzało.

 

Wraz z popołudniowym słonkiem przyszła senność. W takim stanie dotarłem do Valmiere
i bystrza Kazu z torem do uprawiania kajakarstwa górskiego. Miałem zamiar obnieść je – zrobiłem już 170 km
i czułem się trochę zmęczony ale przede wszystkim zdezorientowany. Oglądałem filmik z zeszłego roku

i pamiętałem olbrzymie głazy, które są ustawione na trasie tego toru. Teraz ich zupełnie nie było widać.
Oczami wyobraźni już widziałem, jak wrzucony na jeden z tych głazów robię obrót w moim kajaku
i ląduję głową do dołu zawadzając o któryś z zanurzonych w wodzie kamulców. Takie tam miłe wizje ;)
Na brzegu czekał na mnie Paweł. Opowiadał, jakie problemy mieli inni z przepłynięciem bystrza
ale z drugiej strony zachęcał… Nie musiał bardzo się starać. Na samą myśl o przepłynięciu tego kawałka

dostałem porządnej dawki energii. Wskoczyłem do kajaka, rozpędziłem się i dokładnie środkiem zwężenia

wpłynąłem na bystrze Kazu.

 

Nurt jest tu zwężony o około 70% i większość wody płynie środkiem. Jęzor wody wznosi się i opuszcza gwałtownie

Dokładnie tak zachowuje się kajak – jego dziób unosi się do góry a potem nagle nurkuje.

Cała woda, którą rozcina dziób kajaka ląduje na tobie. Jak przód się wynurzy, jest kolej na rufę

– teraz ona całkowicie nurkuje…
Później już tylko machałem wiosłem, żeby przepłynąć ten kawałek szybko i bezpiecznie. Udało się!
Dzięki Ropuch – to był dla mnie najważniejszy moment tego maratonu!
Bardzo cieszę się, że dałem się namówić na przepłynięcie Kazu!

 

Dzięki emocjom na bystrzu w Valmiere przez najbliższe dwie godziny zapomniałem o senności. 
Zaczęły się urokliwe klify Narodowego Parku Gauji: Sietiniezis, Kazu, Ergju - naprawdę warto było
przepłynąć taki kawał drogi, żeby móc podziwiać te niezapomniane widoki.

 

Po drodze spotykam Janisa i Karlisa w kanu. Końcówkę tego etapu przepłyniemy razem.
Miło nam się rozmawia, więc jeszcze przed dopłynięciem do drugiego punktu kontrolnego umawiamy się,
że popłyniemy ostatni odcinek razem, przynajmniej na jego początku. Docieramy na postój ok. 21.30.
Postanawiamy zdrzemnąć się chwilę i ustalamy, że wypłyniemy o 23.00. Z mojej drzemki za dużo nie wyszło –

zdawałem relację Krzysztofowi z Poza Horyzonty, później przebrałem się, porozmawiałem chwilę
z Piotrkiem Rosadą i Jolą - jego żoną .Pożegnaliśmy się i okazało się,
że na drzemkę mam 15 minut. Mimo tego, że tak krótka bardzo dzięki niej wypocząłem.

 

Zaraz po tym, jak wypłynęliśmy zaczęło się błyskać, później coraz mocniej grzmieć i padać.
Nie wiem, jak to się stało ale zacząłem prowadzić grupę i nikt nie chciał tego zmieniać ;)
Co rusz było słychać zdenerwowane bobry – jeden nawet machnął ogonem tuż przy moim wiośle
– napędził mi sporego stracha. Janis i Karlis bawili się w ich liczenie – trochę tam było tych gryzoni.

 

Na Gauji sporym problemem podczas nocnego pływania jest poszukiwanie nurtu – zwłaszcza tam,
gdzie rzeka płynie leniwiej. Jakoś jednak udało mi się ją wyczuć i wiedząc, że zakręca bardzo ostro
zacząłem odróżniać w świetle czołówki odpowiedni odcień nocy, za którym należy podążyć,
aby płynąć właściwą drogą. Za którymś z takich zakrętów poczułem silne uderzenie prądu wody w kajak.
Zaczęło mnie znosić na brzeg. Zdezorientowany zacząłem świecić w tą stronę, na którą mnie znosi.
Zobaczyłem białą poświatę i bardzo późno zorientowałem się, że jest to olbrzymi, skalny klif.
Pod nim kotłowała się masa wody. Gdyby mój kajak został dopchnięty do tej ściany – nie byłoby wesoło.
Gdy prąd dopycha łódkę do przeszkody ta na ogół ma małe szanse aby utrzymać się na powierzchni.
Zwłaszcza tam, gdzie prąd jest tak silny a przeszkoda tak okazała.
Na szczęście udało mi się wydostać z objęć silnego dopływu Gauji i schowany w cofce za nim
zdążyłem jeszcze krzyknąć do nadpływających, żeby uważali.

 

Ostatnie kilometry dłużyły się niemiłosiernie. Płynęliśmy już w bardzo rozciągniętej grupce
ale co jakiś czas rozmawiałem z Janisem i Karlisem z Łotwy. Płynąłem również z Chrisem z Anglii,
który niestety i tym razem nie zaliczył dystansu 310km ze względu na kraksę po drodze ;( 
Generalnie jednak byłem sam ze swoimi obawami, że każdy z tych ostatnich kilometrów
w jakiś niezwykły sposób wydłużył się przynajmniej trzykrotnie ;)

 

W końcu jednak ostatni most i za nim meta. Już ktoś macha. Karlis i Janis dopłynęli przede mną
– są najlepsi w swojej klasie. Ja jestem dziesiąty w swojej – najpopularniejszej K1.
39 godzin może nie jest jakimś szczególnym osiągnięciem przy czasie Kazika ale ja wybrałem się na Gauje,
żeby przepłynąć ten dystans, pokonać swoje słabości …udało mi się i bardzo mnie to cieszy.
Widoki i przeżycia naprawdę niezapomniane i z przekonaniem każdemu polecam,
choć niekoniecznie w tak ekstremalnym wydaniu.

 


Artur Michalski



Tu znajdziesz relację Milimetra:   http://www.logjams.pl/?p=164