Wyprawy i inne



 

Charytatywny spływ Wisłą Kraków - Warszawa 31.03 - 04.04 (2012-03-31 - 2012-04-04)


Członkowie wyprawy:
- Milimetr Bąk (MB)
- Artur Michalski (AMi)


DEBIL na Wiśle. Kajakiem z Krakowa do Warszawy… Wyprawa po uśmiech Jasia

Milimetr już napisał sporo o wyprawie Wisłą z Krakowa do Warszawy. Teraz kilka słów ode mnie.
Wymyśliłem ją już jakieś pół roku temu w związku z moim planem udziału w Gauji XXL. Regularnie, raz w miesiącu jeżdżę do Krakowa – więc nie musiałem się długo zastanawiać. Jadąc do Krakowa zabieram kajak – a moi znajomi zabiorą samochód z powrotem do Warszawy. Ja wracam kajakiem – może będzie szybciej ;)
Właściwie w ostatniej chwili pojawił się pomysł na zorganizowanie akcji charytatywnej. Kiedyś pracowałem z klientką (jako life-coach) która zorganizowała właśnie coś takiego na portalu domore.pl. Sprawiło jej to ogromną satysfakcję – przy okazji stanowiło dodatkową motywację. Ponieważ jakiś czas temu poznałem Jaśka Melę (chłopaka od biegunów) nie namyślałem się długo dla kogo będę zbierał fundusze. Ponieważ mam małe dzieci nie zastanawiałem się również nad wyborem konkretnego podopiecznego Fundacji – zdecydowałem się pomagać Jasiowi Szopie, rocznemu chłopcu po amputacji nóżki.
Szybko zorganizowałem akcję na domore.pl i rozreklamowałem na facebook’u. Nie do końca sobie zdawałem sprawę z konsekwencji tego kroku. Rozrosło się to do całkiem pokaźnych rozmiarów. Na starcie w Krakowie zamiast spokojnie pakować kajak zajmowałem się udzielaniem wywiadów. Było to świetne dla samej akcji ale ja zupełnie nie wiedziałem, czy np. wszystko mam zapakowane. Nie wspominając o tym, gdzie to jest ;) W każdym razie o 13.13 udało nam się  wsiąść  do kajaków i przy błysku fleszy i fanfarach trombity wyruszyliśmy. Tuż przed startem zdecydowanie osłabł wiatr – więc wypływaliśmy pełni nadziei na trwałą i pozytywną zmianę pogody. Później okazało się, że na tym się tylko skończyło – na nadziei.
Co chwila padało. Wiosłowanie na stojącej (prawie) wodzie niezbyt uciążliwe, tym bardziej, że to start dopiero a widoki urozmaicone. Wawel, masa mostów… w końcu śluza Dąbie, później Przewóz. Zwłaszcza Przewóz robi wrażenie – różnica poziomów lustra wody około 5 metrów – trochę jedzie się w dół! Wszystko sprawnie – bez taszczenia stukilowych kajaków. Za śluzami monotonia i zero widoków na cokolwiek poza wodą i wałami. Rzeka zupełnie nie przypomina znanej nam Wisły na jej środkowym odcinku. Niepozorna i niezbyt szeroka. Uregulowana, bez niespodzianek. Sprawnie zrobiliśmy zaplanowane 60 km mimo niesprzyjającej pogody. Rozstawiliśmy namiot i zaczęliśmy się krzątać. Milimetr zrobił zupkę, ja jajecznicę. Co wieczór zdawałem relację Robertowi z Ja Wisła – wspierał mnie medialnie i logistycznie. Informowałem również Marcina z Fundacji KiM, czy żyjemy i jak nam idzie. Oczywiście swojej żonie również zdawałem raport ;)
Nie jest łatwo się skupić jeżeli poza wiosłowaniem musisz myśleć o innych rzeczach – jednak zdecydowałem, że przy okazji robię jeszcze coś. Co było od początku bardzo ważne ale później zaczęło się mocno rozrastać i trochę przekraczać moje założenia. Telefony po kolacji przez kilkadziesiąt minut, czasami w trakcie jedzenia – cel jednak był wyjątkowy                  i było warto - Płynę po uśmiech Jasia!
Pierwszej nocy spałem trochę lepiej, jak Milimetr, chociaż położyłem się późno. Miałem zimową kurtkę, pod spodem grubą bluzę z kapturem. Śpiwór taki sobie - od 0 do + kilkunastu stopni. Jakoś spałem – moim zdaniem głównie dzięki grubej kurtce – miękko i ciepło. Rano ogarnęliśmy się w dwie godzinki i dalej do przodu.
Pogoda nieciekawa. Deszcz, śnieg i grad w różnych kombinacjach. Po drodze Milimetr postanawia wracać. Cieszę się, że pozwolił mi się rozkręcić w swoim towarzystwie ale coś czułem, że to powinno odbyć się właśnie tak – ja ‘sam na sam’ z Wisłą. Bałem się trochę, ale bardzo chciałem takiego wyzwania. Czułem, że mogę się sporo nauczyć skupiając się tylko na rzece, wiośle, kajaku i sobie.
Milimetra pożegnałem przed elektrownią w Połańcu. Uznałem, ze nie ma sensu zabierać dużego namiotu – będę tracił czas na rozstawianie i pakowanie. Postanowiłem zdać się na wsparcie z zewnątrz i poprosiłem o pomoc. Wstępnie rozmawiałem z Robertem Jankowskim (Ja Wisła) i określiłem dokąd dzisiaj jestem w stanie dopłynąć. Poprosiłem go o zorganizowanie noclegu. Bardzo sprawnie się tym zajął. Umówił mnie na przystani promowej w Baranowie z Markiem. Skupiłem się więc tylko na wiosłowaniu. Pełen komfort. Elektrownia Połaniec a przy niej jaz przyponowy - metrowej średnicy rura – wypełniana wodą. Za nią śmiertelnie niebezpieczny odwój… Na szczęście tym razem jaz opuszczony (można ustalić to telefonicznie) Jednak bystrze nad nim i tak imponujące – przepływałem nim z duszą na ramieniu. W życiu nie widziałem odwoju – więc wybrałem drogę, moim zdaniem optymalną, w miarę blisko brzegu i pokonałem ją na pełnej prędkości. Ulga po przepłynięciu była niepowtarzalna. Autentycznie bałem się tego miejsca i miałem wcześniej jakieś niemiłe przeczucia z nim związane. Ale, jak już je minąłem, wiedziałem, że dalej wszystko będzie już dobrze.
Za Połańcem Wisła robi się co raz bardziej malownicza. Przed Baranowem Sandomierskim pojawiły się śliczne wysepki. Liczne płycizny ale widoki naprawdę rewelacyjne w porównaniu z monotonią odcinka za śluzami w Krakowie. Zachód słońca a ja jeszcze muszę trochę powiosłować. Zapowiedziałem się na 19.15 i tak dopłynąłem do promu. Czekał na mnie Marek i Grzegorz. Zapakowaliśmy kajak do kontenera a ciuchy zabrałem do Grześka, u którego miałem nocować. Przytulny, ciepły domek i przesympatyczna rodzinka – Grzegorz i Joanna z dziećmi. Ciepła kąpiel, pranie rzeczy i suszenie. Później obiad. Łatwo się zapomina o tym, co na co dzień tak nam ułatwia życie . Później, jak zwykle relacje dla zaangażowanych. W końcu miła rozmowa z moimi dobroczyńcami.
Rano pobudka o 4.45. Ogarniam rzeczy. Szybkie śniadanie, Grzegorz podrzuca mnie nad Wisłę i o 6.00 startuję. Pogoda rewelacyjna. Zero wiatru – za chwile wschodzi słonko i czasami przebija spoza chmur. Sielanka. Przed Sandomierzem zaczyna trochę wiać. Postanawiam w Sandomierzu zrobić postój. Widzę świeżo wybudowany MOSiR tuż nad Wisłą, parkuję przed (później dowiaduję się, że nieco poniżej jest wejście do portu)
Elegancko i cieplutko. Proponują herbatkę i wpis do książki pamiątkowej, której jeszcze nie ma. Mój będzie pierwszy ;) DEBIL na Wiśle – trochę przewrotne ale wyjaśniam cel akcji – brzmi dużo lepiej. Rozmawiamy sympatycznie – wspominam organizowane przez KiM wyprawy z Kazimierza …a Jakub Skorupski( zna Zygmunta z pracy na Północnym) zaprasza nas do Sandomierza. Pamiątkowa fotka i do kajaka.
Zaraz za mostem kolejowym zaczyna porządnie wiać. Później nie tylko wieje ale zaczyna sypać śnieg, grad, deszcz… wiatr prosto w twarz, wiosło wyrywa mi z rąk. Zaciskam je mocno aż palce zaczynają drętwieć. Nie da rady inaczej – odpoczną sobie później. Przez dwie godziny na szerszych zakolach rzeki pokonuję naprawdę porządne fale – przynajmniej pół metra, często załamujące się. Generalnie są stojące (wiatr pod prąd rzeki) ale najgorsze jest to, że często uderzają z różnych stron w kajak. Cieszę się, że to jest Laser! Po prawie dwóch godzinach wesołego miasteczka i zabawy na falach robi się spokojniej.
Mam co raz piękniejsze widoki. Zaczynają się białe, wapienne ściany w okolicachAnnopola. A tam znów po chwili spokoju zaczyna dmuchać w korytarzu , który tworzy się między wzniesieniami. Wiatr oczywiście prosto w twarz. Jednak widoki są przepiękne. Mnie zauroczył bardzo właśnie ten fragment Wisły od Annopola do Kazimierza. Malownicze wysepki, bardzo zgrabne, z czystym piaskiem… aż chciało się wylądować. Na 302km zrobiłem sobie chwilę postoju. Szybko ruszam. Po kilku kilometrach płynięcia dostrzegam tuż przed sobą coś, co wygląda na pierwszy rzut oka, jak bystrze. Zaniepokoił mnie tylko odgłos – szumi, jak porządny wodospad. Nagle poczułem, jak dziób leci mi w stronę tego czegoś. Patrzę a ta woda po prostu wyskakuje do góry na 30-40 centymetrów. Tworzy okrąg średnicy 4-5 metrów, grubość tego pierścienia to ok. 0,5 metra. W środku woda mniej więcej w poziomie lustra wody poza pierścieniem. Moje serce zaczyna walić, jak oszalałe a ja zaczynam machać tak mocno, jak tylko potrafię. Odpływam. Kątem oka dostrzegam 2 wiry, o średnicy leja metr do półtora. Takich też jeszcze nie widziałem ale przy tamtym potworze to i tak drobnostka. Marcin wieczorem przez telefon mówi, że to maliniak – wir powstający z odbicia pędzącej wody o jakąś podwodną przeszkodę. Może? Nie miałem ochoty jednak się temu przyglądać. Była to okolica 307km,bliżej prawego brzegu, przy szczycie wysepki.
Dalej już spokój. Pogoda dała mi odetchnąć. Prawie nie wiało. Woda rozlewa się co raz bardziej leniwie i trzeba się mocniej przykładać do wiosłowania. Roberta poprosiłem o zorganizowanie noclegu w okolicy 350 kilometra. Stanęło na Kazimierzu. Przed Kazimierzem mam trochę wątpliwości, jak płynąć. Dużo wysepek i łach. Woda płynie leniwie. Decyduję się na prawą stronę. Przepływam. Po lewej, na wysokiej skarpie, w oddali widać ruiny zamku w Janowcu. Później po prawej malowniczo położony na szczycie skały wiatrak w Męćmierzu. W oddali widać już Kazimierz. Woda jednak płynie tu leniwie …
Około 19.50 docieram do Kazimierza. Trochę zamieszania z moim noclegiem ale zaraz wszystko się wyjaśnia. Trafiam do Folwarku Walencja. Zajmują się mną współpracownicy Pana Janusza – radnego z Kazimierza, później odwiedza mnie i właściciel Walencji. Bardzo miła opieka. Pranie, suszenie i obiadek. Chwila rozmowy. Później moja obowiązkowa relacja. Ludzie uczestniczący w akcji podobno bardzo chcą wiedzieć, co ze mną się dzieje. Bardzo miłe, ale dzisiaj nie mam siły nawet mówić. Te dwie godziny w ulewie, pod wiatr na półmetrowych falach wykończyły mnie zupełnie. Najbardziej bolą mnie palce rąk i prawa pięta dla odmiany. Padam.
Budzik 4.30. Pakowanie. Śniadanie podane przez właściciela. Później szybko nad Wisłę. Kajak stoi na swoim miejscu. Pakuję worek z ciuchami do tylnego luku i żegnam się z właścicielem Walencji. Jednak czegoś zapomniałem. Zatrzymuję się na chwilę – muszę założyć moje pomarańczowe rękawiczki – bez nich nie dam rady ;) Robię przy okazji kilka zdjęć Kazimierza z drugiego brzegu Wisły. Przy okazji dostrzegam na kazimierskim brzegu chłopaka z lustrzanką. Robi zdjęcia Wisły, czy co? Okazuje się jednak, że poluje na mnie! Paparazzi… zrobił kilka fotek i speszony umknął, jak mu pomachałem na pożegnanie. Dziękuję Kazimierzu!
Macham porządnie wiosłem. Wisła pod Kazimierzem płynie bardzo dostojnie – prawie, jak w Krakowie. Podziwiam śliczny wschód słońca i próbuję się odnaleźć w meandrach rzeki. Wybieram jakiś przesmyk w prawo – daję radę. Po godzinie przepływam pod mostem w Puławach. Po trzech godzinach Dęblin. 6 godzin 40 minut i mijam elektrownię w Kozienicach. Przerwa na jedzenie i płynę dalej. Mijam wysepkę, na której pasowano mnie na członka KiM w trakcie 3K w ubiegłym roku. Nie zmieniła się za bardzo, tylko woda w Wiśle trochę wyżej.
Godzina 14-ta a ja mam za sobą odcinek pierwszego dnia 3xK. Nie jest tak źle. Sił też sporo - jednak, jak pomyślę, że do Gassów mam drugie tyle to tak niewyraźnie mi się trochę robi. Odganiam myśli i wiosłuję dalej. Coś mnie niemiłosiernie zaczyna gryźć w plecy. Chyba jakoś się zmieniła ta moja termo-aktywna bielizna, bo okazuje się, że wszystko mnie zaczyna swędzieć. Nie są to pchły, tylko najwyraźniej , albo jakieś uczulenie, albo moja koszulka się zużyła i działa już trochę inaczej na moją skórę. Dam radę, bez zmieniania ubrania.
Płynę nie bardzo poznając miejsca, które powinienem pamiętać. Wisła się zmieniła… ja trochę chyba też. Co raz lepiej czytam wodę. Staram się nie walczyć z nurtem, czuję go… patrzę na wodę ale i obserwuję, jak zachowuje się kajak. Sprawdzam, jakie pociągnięcia wiosłem są skuteczniejsze. Wychodzi na to, że dłuższe pociągnięcia, jak najdokładniejsze i wcale niezbyt szybkie. Wymagają jednak więcej siły a tej mam co raz mniej. Jestem umówiony z Andrzejem z Gassów. Ustaliliśmy, że jak wymięknę, to poproszę, żeby mnie zabrał z Góry Kalwarii i następnego dnia odstawi mnie w to samo miejsce. No dobra! Miałem robić po 130 km dziennie, pogoda jest ładna, nie mam na co zwalić winy… płynę. Malownicze wysepki, ze trzy delikatne mielizny. W końcu docieram do Góry Kalwarii – nie jest tak źle – siódma dochodzi – może w godzinę zdążę? Robi się ciemno chociaż księżyc przedziera się przez chmury i pokazuje powierzchnię wody.
Dostrzegam nagle czerwone, migające światełko. To chyba tu. Jest Andrzej Stański i Pan Śliwka. Krzyczą, żebym uważał na bystrze przy ostrodze. Pan Śliwka martwi się o mnie – bo ten kajak taki wąski… ja wybieram najładniejszy fragment 10 metrów od ostrogi i wbijam się z rozpędem w cofkę za ostrogą. Witamy się. Chwila na zdjęcia. Pakujemy kajak na samochód i odstawiamy go do Pana Śliwki. Jedziemy do Andrzeja. Mam swój pokoik. Jeszcze w samochodzie dostaję zamówione wcześniej lekarstwa na gardło – czuję je trochę. Ciepły prysznic, pranie, suszenie, relacje telefoniczne i chwila rozmowy z Andrzejem i Grażyną. Wypytują mnie o wyprawę i opowiadają o sobie. Andrzej ma interesujące plany – chce łodzią wiosłową, skonstruowaną przez syna przepłynąć Atlantyk. Drugim jest wybudowanie przystani w Gassach – Gassportu, jak żartobliwie mówi. Wierzę, że może zrealizować każdy z tych planów!
Zjadamy śniadanie i Andrzej z Grażyną odwożą mnie nad Wisłę. Żegnamy się i płynę, Dzisiaj został już relaksacyjny spacerek. Po wczorajszych130 kmdzisiaj nie mam właściwie co robić. Umówiony jestem na 14.00. Jak dopłynę za wcześnie, to będę musiał sam wystawiać kajak na brzeg, jak sobie z tym poradzę? ;)
Udało mi się dopłynąć na 14-tą. Przywitali mnie ludzie z Fundacji Ja Wisła ale i nie tylko. Była Dorota – moja koleżanka ze szkoły w Krakowie, był Milimetr, był Jurek no i oczywiście przyjechała Iza – moja ukochana i stęskniona żona. Chwila przed kamerami a później już tylko miła pogawędka, kiełbaski i pyszny chlebek. Miałem okazje podziękować jeszcze raz Robertowi Jankowskiemu za wsparcie, Wszystkim za zaangażowani w akcję, Milimetrowi za pomoc na początku wyprawy…
Bardzo wiele nauczyłem się podczas tych kilku dni. O sobie, o Wiśle, o czytaniu wody, o kajaku i wiośle. Nie zapomnę tego przeżycia – ze względu na Jasia i tą fascynującą akcję ale również ze względu na możliwość dokładnego skupienia się tylko i wyłącznie na sobie i wiosłowaniu. Może nie było to do końca rozsądne ale było dla mnie bardzo ważne – uporządkowałem sobie w głowie sporo rzeczy nie tylko kajakowych… Będę tą wyprawę wspominał swoim wnukom ;)  

 

Relacja przygotowana przez Milimetra - zapraszamy.