Wyprawy i inne



 

Rugia 07.2011 (2011-07-01 - 2011-07-10)


Członkowie wyprawy:
- Tomasz Mąka (TMa)
- Mariusz Zieliński (Janosik)
- Marek Czaczka (MCz)
- Krzysztof Ptasiński (KP)


RUGIA 2011 r.
    Relację z tegorocznej wyprawy chciałbym rozpocząć od przybycia prawie całej naszej ekipy, na miejsce startu, tj do Fortu Gerharda w Świnoujściu. Nasza załoga to: Mariusz Zieliński "Janosik" , Marek Czaczka"Czaczkin" oraz Krzysztof "Ptaku" Ptasiński. Ostatni z  czwórki to Tomasz Mąka, który  ma dołączyć do nas trochę później.
 
30.06.2011r. (Czwartek). Meldujemy się w nieprawdopodobnie gościnnym i przyjaznym miejscu  jakim jest Fort Gerharda oraz jego załoga na czele z Komendantem Fortu - Piotrem Piwowarczykiem.  Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami przeprowadzam wraz z Janosikiem prezentację naszej wyprawy do Norwegii. Słuchaczami są członkowie miejscowego klubu kajakowego, załoga fortu, miejscowa prasa oraz kilka przypadkowych osób. Mamy wrażenie że się podobało. Wieczór spędzamy z gospodarzem fortu oraz jego kolegami wśród których jest szef  miejscowego SAR. Ogromne wrażenie robi na nas nasz gospodarz. Jego wiedza na tematy historyczno-militarne jest powalająca.Uwagi oraz rady kolegów z SAR dotyczące zachowań na morzu oraz posługiwanie się radiem są niezmiernie cenne.  Wieczór zaliczamy do bardzo uwocnych i udanych. Udajemy się na spoczynek do jednej z sal muzealnych pośród militarnych eksponatów, rozmaitej broni, wszelkiej maści mundurów  oraz rzeczy, o których przeznaczeniu nie wiemy  zbyt wiele. 
 
Wstajemy ok godz 9 00, ponieważ już nadchodzą pierwsi chętni do zwiedzania fortu, jest  01.07.2011 (Piątek).  Śniadanie jemy jeszcze na terenie fortu i zjeżdżamy na nabrzeże skąd zamierzamy ruszyć w morze. Miejsce jest idealne do startu ale zamknięte dla szarych zjadaczy chleba. My korzystamy ze specjalnego zezwolenia na wstęp i zaczynamy szykować się do drogi. Pakowanie kajaków trwa dosyć długo, wiadomo, jak to na początku drogi. Wreszcie Janosik i Czaczkin odprowadzają samochody do fortu i możemy ruszać w drogę. Prognozy pogody nie są korzystne, wiatr z północnego zachodu a więc prosto w twarz, o sile powyżej 6 stopni dochodzący nawet do 7. Dane te przekazują nam nasi koledzy z SAR-u  prosto z portowej wieży. Wreszcie startujemy. Po przejściu portowego kanału docieramy do sławnego świnoujskiego wiatraka, który stoi na końcu falochronu i wypływamy na "prawdziwe"  otwarte  morze. Jarek z SAR-u nie mylił się, od razu dostajemy potężne uderzenie wiatru w twarz i lecimy kajakami w ogromne fale. Słyszę jak Marek mruczy przez zęby brzydkie słowa ,wszystko rozumiem ale udaję że nie słyszę. Na morzu jest niezła rock&rollowa jazda. Trzymamy się razem z Janosikiem ale Marek zaczyna zostawać. Wreszcie Janosik zaczyna powoli odjeżdżać. Ja zostaję razem z "Czaczkinem" . Płyniemy cały czas razem, daleko przed nami ukazuje sie od czasu do czasu banderka na Janosikowym kajaku.  Płynie mi się bardzo dobrze,norweskie doświadczenia dają o sobie znać i znakomicie procentują. Wiatr nie daje za wygraną i nie odpuszcza. Płyniemy z prędkością 2-3 km/h. Chcemy dopłynąć do Bansin,miejscowości znajdującej się na wyspie Uznam w niemieckim kraju. Wreszcie widzę wyciągnięty na plażę kajak i ląduję tuż obok korzystając z wysokich przybojowych fal.  Czekamy z Janosikiem  na Marka, który został trochę z tyłu. Wreszcie jest Marek. Widzimy że ma problemy i pomagamy mu wyciągnąć kajak.
Pierwsze lądowanie za nami. Rozbijamy obóz na plaży pod pięknym,wysokim klifem. Mamy za sobą ok 13-15 km. Nie jest to wiele ale warunki pogodowe nie pozwoliły nam na więcej. Standardowe czynności zajmują nam ok 1,5 godz i wreszcie możemy trochę odpocząć.  Nie był to łatwy dzień ale wiadomo "pierwsze koty" itd.  Niemniej ciekaw jestem bardzo co będzie dalej. Idziemy spać. Noc przynosi wiele dżwięków nie pozwalających na spokojny sen. Łomot morza oraz wyjący wiatr nie pozwalają zasnąć, a do tego zaczyna lać deszcz. Wyłażę z namiotu i to co widzę i czuję wcale mi się nie podoba.
 
Wreszcie zasypiam  a już po chwili już jest 02.07 2011r. Wstajemy ok 9:00. Morale grupy leci na łeb. Marek stwierdza że nie jest w stanie dalej płynąć ze względu na wyrwany podczas wczorajszego płynięcia bark. Postanawia wycofać się z wyprawy i wrócić do Świnoujścia po samochód . Rozumiemy Jego decyzję   ale jest nam bardzo szkoda Marka, bo to naprawdę dobry kompan. Sytuacja powoduje że nasze plany ulegają lekkiemu przemeblowaniu. Dzwonimy do Tomka  żeby poinformować  go o zmianie miejsca spotkania. Tomek jedzie z Krakowa i   miał spotkać się z nami w Straslund, teraz wiemy  że  napewno nie zdążymy tam dopłynąć. Tak więc dzień mamy "wolny" chociaż z drugiej strony przy tak silnym wietrze daleko byśmy nie zapłynęli. Morze trochę się uspokaja a my snujemy się bez celu po okolicy. Wreszcie nadchodzi wieczór  a my  pomału idziemy spać. Janosik budzi mnie o 2:30 w nocy.
 
Jest 03.07.2011r (niedziela)  dowiaduję się że na miejsce dotarł Tomek. Jest w Bansin  i  po  chwili już mamy naszego kumpla. Przenosimy na plażę Tomkowe rzeczy i ponownie idziemy spać. Rano śniadanie i Tomek wyrusza z Markiem odstawić samochód do Świnoujścia. Nie jest to daleko i po chwili chłopaki są spowrotem.    Wreszcie schodzimy na wodę w czym wydatnie pomaga nam Marek, który postanawia pojechać na Rugię samochodem. Zaczyna się znowu "jazda". Dostaję "strzała" w twarz potężną falą przybojową a potem znowu i znowu. To jest prawdziwie morskie pływanie. Kolejne uderzenie wody kładzie mnie na rufie kajaka ale w końcu  przechodzę  przez przybój, reszta załogi również. Fale mamy bardzo nieprzyjemne nie dość że w bok kajaka to jeszcze bardzo wysokie. Stan morza oceniam na 4-4,5. Mijamy ładne klify wyspy Uznam  i dopływamy do Koserow gdzie przepływamy pod wysokim pomostem i docieramy do Zinnowitz.  Podczas startu nie dopilnowałem właściwego zamocowania mapnika a  ten pofrunął w kosmos wraz ze wszystkimi moimi mapami, jestem na siebie po prostu wściekły. Dobrze że Janosik ma drugi  komplet map. Na dzisiaj koniec. Mamy za sobą ok 15 km, co jak na start po godz 15-tej i stan morza zmuszający nas do sztormowania, jest wynikiem całkiem przyzwoitym. Zaliczamy lądowanie na wysokiej, przybojowej fali i już po chwili  rozbijamy obozowisko. Pod wieczór wychodzi słońce i otwiera się choryzont. Poraz pierwszy od kilku dni czuję że jestem na wakacjach. Wreszcie idziemy spać. W nocy budzi nas warkot traktorowego silnika,to obsługa plaży wyrównuje piasek przy pomocy wielkich grabi ciągniętych za ciągnikiem. Facet prawie w nas wjechał,  wyobrażam sobie jak się zdziwił widząc namioty i kajaki...
 
04.07.2011r (poniedziałek) W nocy padał deszcz i namioty utytłane w piachu przypominają ściery do podłogi. Wyruszamu ok 10. Stan morza 2-3, niezbyt silny wiatr i fala w bok kajaka jednakże nie sprawiająca większch problemów. Po ok trzech godzinach płynięcia zatrzymujemy się na dużej piaszczystej lagunie. W oddali widnieją dwa wraki okrętów, które oczywiście zwiedzamy. Ruszamy mijając Penemunde, miejscowość skąd Niemcy wystrzeliwali V-1 oraz V-2. Przecinając szlak wodny oglądamy dziwną wieżę stojącą po środku morza. W oddali widzimy  takie same obiekty stojące w jednej linni. Kojarzą mi się z telegrafem Chrabiego Monte Christo. Niewiele się pomyliłem. Jesteśmy na drodze podejściowej dla samolotów na lotnisko w Peneminde. W czasie wojny Niemcy rozpalali na wieżach ogień i samoloty mogły spokojnie lądować na lotnisku.  Taka droga podejściowa wybudowana na morzu była nieocenioną   pomocą dla niemieckich pilotów.   Mijamy te dziwne obiekty i płyniemy przez cieśninę Straslund. Neptun jest niezwykle łaskawy i pozwala nam na przepłynięcie cieśniny w znakomitych warunkach. Docieramy na skraj Rugii. Mam zwyczajnie dość. Jestem strasznie głodny i zmęczony. Rzucam się na termos z jedzeniem i jem jak pies. Pomalutku dochodzimy do siebie  Nagrodą za dzisiejszy wysiłek jest ładne miejsce na biwak i słońce które suszy nasze rzeczy. W oddali widnieje most prowadzący ze stałego lądu na Ruggię. To jest niezły kawał drog i z tą optymistyczną myślą idę spać.
 
05.07.2011r (wtorek). Świecące ostro słońce budzi nas bardzo wcześnie. Zapowiada się wspaniały dzień. Po porannej krzątaninie wyruszamy w drogę. Wiejący w plecy wiatr powoduje że płyniemy nadspodziewanie szybko i niebawem docieramy do mostu w Straslund, dziwnej budowli zawieszonej od strony miasta na wysokim pylonie a następnie opadająca opadającej łagodnie na drugi brzeg cieśniny, wchodząc na Ruggię. Lądujemy w maleńkiej marinie w miejscowości Altefahr. Ruszamy na zakupy oglądając przy okazji piękne, stare domy kryte niezwykle starannie wykonaną strzechą. Wracamy do mariny, tankujemy wodę do bukłaków i w drogę. Robimy bardzo długi przelot i ok 18-tej stajemy opodal małej wioski Suhrendorf. Słońce praży niemiłosiernie a na naszej łące jest niezwykle pięknie.Czuję że mam wakacje pełną gębą.
 
06.07.2011r (środa). Wstaję dosyć póżno i wychodzę przed namiot. Tutaj czeka mnie niespodzianka. Duże stado krów wraz z cielakami, przygląda mi się z  uwagą i nieukrywaną niechęcią. Walczymy "na oczy" aż wreszcie wróg się oddala. Jestem niezwykle dumny z odniesionej wiktorii . Poranne czynności i w drogę. Przecinając cieśninę Straslund wpływamy na wypłycenie które przechodzi w regularną mieliznę. Wysiadamy z kajaków na środku morza i burłaczymy aż do bojek oznaczających szlak żeglowny. Widok musi być bardzo zabawny. Opływamy wyspę Gellen i zatrzymujemy się na krótki postój w Seglefen - maleńkiej miejscowości o charakterze turystyczno-wypoczynkowym. Pogoda w dalszym ciągu dopisuje. Kolejny przeskok otwartym morzem w kierunku miejscowości Dranske tym razem już przy falującym morzu. Jest jakieś 3-3,5 i mamy wspaniałą zabawę, nurkując w falach przelewających się przez kajaki i przez głowę . Dwie godziny wspaniałej zabawy i lądujemy w Dranske. Robimy krótki odpoczynek, przebieramy się w suche rzeczy i w drogę. Płyniemy wzdłuż brzegu który podnosi się coraz bardziej tworząc okazały klif. Wreszcie znajdujemy zagłębienie w skalno-piszczystej ścianie i zakładamy obóz. Przepiękne miejsce, wspaniała pogoda i świecąca słońce czynią z tego biwaku ZJAWISKO, co do tego jesteśmy zgodni. Robimy kolację, po której jeszcze długo patrzymy na zachodzące za horyzont słońce.
 
07.07.2011r (czwartek). Budzę się i niechętnie oglądam mocno zachmurzone niebo. Po wczorajszej pogodzie ani śladu. Startujemy ok 9:30. Morze mamy spokojne i bezproblemowe, jedynie unoszące się nad wodą mgły sprawiają przygnębiające wrażenie. Po około dwóch godzinach  płynięcia docieramy do przylądka Arkona, najdalej na północ wysuniętego punktu na Rugii. Kamienisty brzeg, na którym się zatrzymujemy jest śliski i nieprzyjemny. Wyciągamy kajaki, po czym wchodzimy po zdezolowanych (jak nie w niemieckim kraju) schodach, na wysoki klif.   Na samej górze stoi rzeźba przypominająca indiański totem, na szczycie którego jest umieszczony orzeł. Popatrujemy na bezmiar rozciągającego się przed nami morza, widok robi wrażenie. Jeszcze tylko stosowne foty i schodzimy na dół. Ruszamy, podziwiając piękne klify wokół Arkony, gdyby tylko widoczność była lepsza. Panuje dosyć duże  zachmurzenie i zamglenie. Stopniowo odchodzimy od brzegu by wreszcie ruszyć na przełaj przez otwarte morze aż do miejscowości Lohme .To jakieś 18-20 km. Po drodze mijamy Glowe gdzie zamierzaliśmy dopłynąć gdyby warunki były niesprzyjające. Płyniemy ok trzech godzin i lądujemy w maleńkiej marinie. Wchodzimy za falochron i wyciągamy kajaki na nieduży slip. Jesteśmy mocno umęczeni i rzucamy się na jedzenie. Wysokie tempo płynięcia zrobiło swoje. Po odpoczynku  ruszamy dalej  z zamiarem założenia obozowiska w pierwszym nadającym się do tego miejscu. Niestety nie znajdujemy takiego miejsca, za to wpływamy na teren ścisłego rezerwatu przyrody. Dopłynęliśmy do słynnych kredowo-wapiennych klifów z których  znana jest  Rugiia. Podziwiamy wspaniałe konstrukcje stworzone przez czas i naturę. Rzeźba wyniosłych klifów jest nieprawdopodobna w swoiej formie i żaden z mijanych przez nas fragmentów nie jest podobny do poprzedniego. Naprawdę jest co podziwiać. Woda po której płyniemy ma barwę rozcieńczonego mleka i  specyficzny zapach. Pomału zapada zmierzch a my dalej w przysłowiowym lesie. Klify się kończą i brzeg opada ku morzu. Dopływamy do Sasnitz chociaż nie to było naszym celem. Zapada wieczór a o znalezieniu miejsca na biwak nie ma mowy. Typowy port z wysokimi nabrzeżami nie pozostawia złudzeń. Mijamy miasto i wreszcie znajdujemy kawałeczek osłoniętej plaży. Powiedzenie o głupim i szczęściu jest w naszym przypadku jak najbardziej zasadne. Wodujemy kajaki wśród zwalonych drzew i zakładamy biwak. Pomimo dużego zmęczenia nastroje są świetne. Robimy plany na przyszłość i idziemy spać.
 
08.07.2011r (piątek) Wstaję pierwszy i robię kawę. Pogoda zastanawia się w którą stronę się przechylić. Wreszcie start, dosyć póżno bo wczorajszy dzień dał nam nieżle w kość. Pogoda się zdeklarowała. Wypływamy z pierwszymi kroplami deszczu i przy mocno zachmurzonym niebie. Wracamy do Sasnitz a właściwie do portu, w którym stoi U-boot. Płynąc w strugach deszczu mijamy różne ciekawe jednostki z pośród których wyróżniają się dwa sportowe jachty z America-Cup. Wreszcie  dopływamu do sławnego okrętu podwodnego z serii U. Robi wrażenie, nawet bardzo duże. Stoi zacumowany przy nabrzeżu i jest nie byle jaką atrakcją turystyczną (okręt muzeum). Pomalowany na czarno, ponury jak noc listopadowa wygląda bardzo groźnie. Dopływamy do burty kolosa i leciutko obijamy go wiosłami, niech sobie nie myśli że podskoczy kajakarzom z Polski. Ze wszystkich stron robimy zdjęcia i wpływamy w głąb portu aż do maleńkiego slipu po którym wychodzimy na portowe nabrzeże. Deszcz nadal leje a my chodzimy po sklepach kupując różne pamiątki. Jeszcze tylko tankowanie wody i w drogę. Janosik i Tomek odpływają a ja wkładam bukłak z wodą do kajaka. Chciałem to zrobić jak najmniejszym nakładem sił. Nie opłaciło się, wpadam w poślizg i ląduję po szyję w wodzie. Wyskakuję na slip mamrocząc brzydkie słowa. Wreszcie siedzę w kajaku i płynę do swoich kompanów którzy czekają na mnie przy U-boocie. Mają niezły ubaw z mojej przygody. Wypływamy z portu w strugach deszczu snując niecne plany jak zatopić U-boota. Robimy pierwszy przeskok, jakieś 10-12 km i stajemy na odpoczynek pod dużym pomostem. Jesteśmy głodni, zmarznięci ale nie ma wyjścia, trzeba płynąć dalej. Po kolejnych kilku kilometrach  niespodziewanie wychodzi słońce. Robi się upał a my zdejmujemy kurtki oraz wyciągamy kremy z filtrem UV. W pięknych okolicznościach przyrody docieramy do miasteczka Thisow i lądujemy na piaszczystej plaży. Robimy pranie oraz kąpiel. W międzyczasie wizytują nas dzieciaki z Polski, które są tutaj na koloniach. Częstujemy chętnych chrupkim pieczywem z nutellą czym zdobywamy duże uznanie naszych nowych znajomych. Wreszcie zostajemy sami. Jeszcze tylko plany na jutrzejszy dzień i idziemy spać.
 
09.07.2011r.(sobota) Wstajemy dosyć wcześnie co pozwala na wczesne wypłynięcie. Wczoraj zakładaliśmy, że popłyniemy na majaczącą na horyzoncie wyspę. Dzisiaj wiemy, że silny wiatr nam to uniemożliwi. Plany planami, a życie sobie. Mijamy miasteczko Thiesow i ruszamy krosem na wyspę Ruden. Wchodzimy do maleńkiej mariny gdzie spotykamy jacht ze Świnoujścia. Załoga to małżeństwo z dwójką maleńkich dzieci. Jak dla mnie to bardzo odważni ludzie. Chwilę gadamy z przygodnymi znajomymi i idziemy zwiedzać maleńką wyspę. Jest tutaj wieża bliżniaczo podobna do tych które stały w morzu i w dodatku udostępniona do zwiedzania. Wchodzimy na samą górę skąd widzimy pozostałe wieże stojące w morzu i prowadzące na lotnisko w Peneminde. Droga jak po sznurku. Schodzimy na dół, mijamy wielkie nieczynne koszary i wkrótce opuszczamy ten, do niedawna militarny, obiekt. Nasza pętla wokół Rugii pomału się zamyka. Po wyruszeniu z wyspy Ruden robimy 7-8 km przeskok przez morze i dopływamy do znajomej laguny  przy której leżą znane nam  wraki okrętów. Przy okazji odkrywamy dwa nowe wraki. Wiatr się wzmaga, a w dodatku jest bardzo niekorzystny. Męczymy się bardzo mocno na długim 12-to kilometrowym przejściu i wreszcie lądujemy na plaży w Zinnowitz. Tłumy ludzi  w typowo wypoczynkowej miejscowości nie działają na nas najlepiej.  Startujemy czym prędzej i jak na złość po chwili dopada nas rzęsisty deszcz z gradem. Nagrodą za nasze cierpienia jest przepiękna tęcza, której łuk kładzie się aż na wodzie. Jak żyję czegoś takiego nie widziałem. Wreszcie mijamy daleko wychodzący m morze pomost w miejscowości Koserowo i lądujemy na plaży. Tutaj  zakładamy ostatni biwak  w niemieckim kraju. Kraju który okazał się dla nas bardzo gościnny.
 
10.07.2011r. (niedziela) Wyruszamy rano przy zupełnie znośnych warunkach, mając niewielką boczną falę. W oddali widać Świnoujście, nasza podróż dobiega końca. Lewą burtą mijamy budujący się gazoport w Świnoujściu  i po chwili przepływamy obok wiatraka stojącego na falochronie przed portem. Dopływamy na miejsce skąd prawie dwa tygodnie temu wyruszyliśmy w morze. Wyciągamy kajaki na nabrzeże i po chwili meldujemy się w  zaprzyjaźnionym Forcie Gerharda. Wieczorem opowiadamy o naszej podróży Komendantowi Piotrowi i idziemy spać do znajomej izby. To już koniec podróży oraz opowieści. Chciałbym jeszcze podziękować swoim kolegom: Janosikowi, Tomkowi i Markowi za wspólnie spędzone chwile i wspaniałą przygodę. Dziękuję również Piotrowi Piwowarczykowi oraz Jarkowi Orlow za życzliwość oraz daleko idącą pomoc. Oddzielne podziękowania dla firmy LIO FOOD za wspaniałe jedzenie. Bez Waszych liofilizatów nasze życie kulinarne byłoby nie do pozazdroszczenia :)
 
Krzysztof Ptasiński PTAKU.       

 film nakręcony przez Janosika

Zapraszam także do obejrzenia relacji zdjęciowej