Wyprawy i inne



 

Norwegia 2010 (2010-07-02 - 2010-07-23)


Członkowie wyprawy:
- Mariusz Zieliński (Janosik)
- Krzysztof Ptasiński (KP)
- Grzegorz Rózik (GR)


W dniach 02 - 23.07.2010 r. odbyła się wyprawa kajakowa wokół Nordkappu i Lofotów. Grupa w składzie: Grzegorz Rózik, Krzysztof Ptasiński „Ptaku”, Mariusz Zieliński „Janosik”, Karol Chołodowski.
01 lipca w czwartek rano Karol zabiera mnie z Otwocka i jedziemy do Gdyni, gdzie spotykamy się z Ptakiem u jego przyjaciela Ryszarda. Robimy wspólne zakupy na wyjazd, następnego dnia już tylko pakowanie i o godz. 18.00 odpływamy do Szwecji.
W sobotę  spotykamy się z Grzegorzem i w komplecie ruszamy w stronę Nordkappu. Po 24 godzinach jazdy i przejechaniu prawie 2000 km. rozbijamy namioty w zatoce przy nieczynnej przystani przeprawy promowej opodal wyspy Magerřyř. Grzegorz z Ptakiem łowią pierwsze ryby. Jesteśmy wykończeni po szaleńczej podróży, około 22.00 idziemy spać.
W poniedziałek, 5 lipca około godz. 11.00 po zapakowaniu kajaków ruszamy na zachód wokół wyspy, biorąc  poprawkę na kursie 10˚ deklinacji wschodniej. Do godzin południowych płyniemy we mgle, która po ogrzaniu lądów podnosi się odsłaniając wysokie brzegi. Jak się później okaże, zjawisko to towarzyszy nam każdego dnia tak jak i deszcz, który pada na koniec dnia przynajmniej raz dziennie w połączeniu z zimnym wiatrem. Póki  co warunki pogodowe nam sprzyjają, korzystamy z prądu odpływowego i wiatru w plecy. Karol wypróbowuje własnoręcznie skonstruowany żagiel. Wyfalowanie umiarkowane, GPS pokazuje maksymalną prędkość 11,4 km. Pod koniec dnia wodoodporny GPS Karola odmawia współpracy, został „zweryfikowany” przez Atlantyk. Między skałami dostrzegamy orła bielika, Grzegorz  mówi, że w Szwecji nazywany jest orłem morskim. Analizując mapę znajdujemy miejsce na nocleg, idealne, z piaszczystym brzegiem, co przy stromych skalnych klifach na wys. 200 - 300 m jest wyjątkiem. . Na biwak stajemy o 22.00, wcześniej mieliśmy 1,5 h postój. Na miejscu odkrywamy pozostałości po osadzie wielorybników. Wdrapuję się na wzgórze, udaje mi się dodzwonić do domu i przy okazji niesamowitego widoku nakręcam krótki film aparatem. Rozpalamy ognisko, na żarze pieczmy złowione ryby i żeby nie było za miło w siąpiącym deszczu i porywach wiatru. Pływanie o tej porze ma tą zaletę że nie trzeba planować o której wypłynąć i czy zdążymy przed nocą. Pokonujemy dystans 52 km .
Wypłynięcie drugiego dnia  celowo opóźniamy do godz. 13.00, żeby klif  Nordkappu w momencie przejścia był już widoczny. Po zejściu na wodę płyniemy w 3˚ Beauforta, po pewnym czasie dochodzi czasem do 4˚ skosem w rufę. Mamy pełne wiosła roboty, jakoś nikt nie robi zdjęć i na piękny klif z prawej rzadko spoglądamy. W takich warunkach opływamy rzeczywiście najdalej wysunięty na północ przylądek, który jest ok. 1200 m dalej niż ten znany przez wszystkich z globusem. Klif Nordkappu przed nami w całej okazałości. Te 300 m wysokości w pionie robi wrażenie z naszej perspektywy tym bardziej, że później patrzymy w odwrotną stronę i ten był Atlantyk jakiś taki spokojny. Łączymy się w tratwę i dokumentujemy nasze przedsięwzięcie robiąc krótki film aparatem. Opływamy wschodni klif Nordkappu. Ptaku zwabiony pięknym widokiem, chcąc zrobić zdjęcie opływa nas szerokim łukiem dla lepszego ujęcia, niewiele brakowało a zapłaciłby za to kąpielą w lodowatej wodzie.  Powodem jest bardzo silny wiatr, który z wysokiego klifu spadł na wodę. Takie rotory wietrzne są stałym elementem podczas pływania tutaj. W trakcie płynięcia  na drugi nasz nocleg wyfalowanie ok. 1 m i deszczyk, Grzegorz łowi kolejne ryby. Biwakujemy pomiędzy Atlantykiem a jeziorem ze słodką wodą, położonym o 2 m powyżej poziomu Atlantyku. Po raz pierwszy decyduję się na kąpiel. Odwiedzają nas renifery, ale tylko na chwilę. Dzisiejszy dystans to 12 km.
Dzień trzeci jest dniem powrotu na miejsce startu. Wiatr mamy w plecy, zakręca razem z naszym kursem. Fala długa, spokojna ok. 1-1.5 m przemieszczamy się szybko i przyjemnie, 10 km w godzinę. Płyniemy wzdłuż klifu, w chwili przejścia doliny schodzącej ku morzu dopada nas silny wiatr z lądu. Mamy 3,5˚ Beauforta przy bocznej fali, płyniemy około 2 km do wyspy, za którą można by się schować. Mijamy wspomnianą wyspę, po drodze spotykamy delfina i wkrótce jesteśmy w naszym porcie. Trzydniowe opłynięcie Nordkappu to ok. 100 km w kajaku.
Dziękujemy Neptunowi za przychylność, chociaż darmo nam Nordkappu nie oddał. Ptaku twardo z wędką na przystani łowi trochę „drobnicy”, Karol przetrząsa samochód w poszukiwaniu kluczyków. Z Grzegorzem śpimy na werandzie, Ptaku jeszcze o pierwszej w nocy walczy na pomoście, efektem jest okazały dorsz. Cieszymy się bardzo, że nam się udało.

Jest czwartek 8 lipca, piękna pogoda, w słońcu suszymy nasze rzeczy. Śniadanie przyrządzamy ze złowionych przez nas ryb. Pakujemy się i o 14.40 wyruszamy na Lofoty przez Narvik. Mijane krajobrazy powalają nas, piękny kraj. Dojeżdżamy do Narviku ok. 3.00 w nocy i jedziemy pod pomnik poległych marynarzy z ORP „Grom”. Do celu dojeżdżamy w piątek 9-ego o godz. 10.00 po przejechaniu 1064 km, jesteśmy zmęczeni. Bazę zakładamy na końcu środkowej wyspy archipelagu Lofotów – Vestragoya. Uzupełniamy zapas wody, Grzegorz rozmawia z napotkanym norwegiem o naszych planach. Dowiadujemy się o warunkach pogodowych charakterystycznych dla tego miejsca. Żeby sprawdzić co nas czeka podjeżdżamy na skraj wyspy i przez lornetkę oglądamy otwarty Atlantyk. W miejscowości Leknes sprawdzamy prognozę pogody i rozkład jazdy promów. Po powrocie pakujemy się i wypływamy zaczynając od północnej strony wyspy Moskenesoya, najdalej na zachód wysuniętej wyspy Lofotów. Na początku w miejscu spotkania korytarzy wodnych dostajemy falę 4.5 – 5 Beauforta na odcinku ok. 1 km . Złożyło się na to zwężenie, wypłycenie, prądy i rotory wietrzne spadające z klifów. Ostra fala rozniosła nas trochę, mimo antenek z banderami co chwila ktoś znika z oczu. Ten odcinek dostarczył nam sporo wrażeń. Po minięciu ściany klifu wychodzimy na otwarty Atlantyk. Fala jest spokojna i długa ok. 1,5 m. Tak docieramy do  pierwszego noclegu. Po drodze spotykamy grupę Irlandczyków, wymieniamy  się uwagami. Przed miejscem do lądowania na nocleg ok. 300 m do brzegu znajduje się skalne wypłycenie, na którym wstają i załamują się ogromne fale. Grzegorzowi fala łamie się na kajak. Przez chwilę przyglądam się temu próbując znaleźć jakąś regularność, ale na próżno. Myślę sobie: trudno – płynę, do brzegu jakby co daleko nie jest. I przy moim szczęściu dostaje falę w burtę, spada mi na głowę. Mocno przechylam się na falę z niską podpórką, chyba trochę za mocno, bo muszę poprawić szybkim zawiosłowaniem. Uratowałem się. Czuję mrowienie w nogach. Jako pierwszy podchodzę do lądowania na skąpym kawałku plaży między kamieniami. Na wypłyceniu przed plażą fala mocno się wypiętrza. Przez długą chwilę 20 m od brzegu czekam na dobry moment do lądowania, gdy nagle czuje jak rufa podnosi się do góry i jakaś siła z impetem pcha mnie przodu. Niby fajnie, tyle tylko, że przód kajaka jest pod wodą i zaczyna skręcać, a to oznacza tylko jedno - rolowanie z falą. Chyba z całych sił położyłem się na niskiej podpórce i wjechałem z falą na brzeg 10 m dalej niż zamierzałem. Mnie się udało, ale Ptaku nie miał już tyle szczęścia.  Razem asekurujemy Grzegorza i Karola w szklakach, żeby nie rozbili kajaków na skałach. Namioty rozstawiamy w dużym wietrze, przy odgłosie fal walących o brzeg, wyciągamy kajaki poza zasięg przypływu i wiążemy je.
Wypływamy o godzinie 13.00. Wyjście w morze przy dużej fali jest również kłopotliwe. Grzegorz musiał wyskoczyć z kajaka i ratować go przed rozbiciem. Płyniemy przy długiej i wysokiej czterometrowej fali. Na postój wybieramy piękną lagunę, polecaną przez miejscowych. Mała przekąska, kilka zdjęć i w drogę. Mamy problem ze znalezieniem miejsca na nocleg. Wreszcie widzimy zatokę, ładny trawiasty brzeg, jezioro w głębi i jakaś opuszczona chata, super. Tylko, że brzeg usiany wielkimi kamorami no i wysoka fala, która perfekcyjnie komplikuje wyjście na brzeg. Ptaku poszedł pierwszy, z falą wjechał na kamienie a za nim ja, wygrzebujemy się ze śmierdzących wodorostów i czekamy na resztę, będziemy ich asekurować. Grzegorz jeszcze na wodzie wyskakuje z kajaka, przejmujemy go i przenosimy dalej, co chwila ześlizgując się z kamieni i zapadając się w śmierdzących wodorostach. Karol chyba rozgląda się za lepszym miejscem, bo popłynął dalej. Przenosimy kajaki poza zasięg przypływu a kosztuje nas to sporo wysiłku w tych warunkach. Po około pół godzinie od lądowania docieram na odległy cypel z lornetką, ale Karola nie widzę. W klifie dostrzegam dwa wgłębienia, pewnie tam znalazł  lepsze miejsce. Rozpalamy ognisko, kąpiemy się w jeziorze, kolacja i o1.00 idziemy spać.
Jest niedziela 11 lipca. Przywitał nas wreszcie słoneczny dzień. Startujemy ok. 12.00, wyfalowanie od 3 do 5 m , płyniemy przy bardzo mocnych wiatrach bocznych spadających z klifów. Opływamy cypel wyspy i ok. godz. 17.00 stajemy na dwie godziny, żeby przeczekać ścierające się prądy. Obserwujemy to zjawisko ze skał i mamy wrażenie jakby w morzu płynęła rwąca rzeka. Wracamy na Atlantyk i kierujemy się do miejscowości A. Płyniemy pod mocny wiatr, fala 3,5 lekko skosem w dziób, 10 km zajmuje nam ponad dwie godziny. W szybkim tempie zwiedzamy skansen, jest strasznie zimno. Temperatury jakie w tym okresie tam spotykamy  to między 8 a 16 stopni. Opływamy kolejną miejscowość i stajemy ok. 22.00 na nocleg. Karola nie spotykamy.
Następnego dnia wodujemy się ok. 12.00, fala standard, czyli 3,5 i narastająco, wiatr w plecy lekko skos w porywach do 20 m/s, po jakimś czasie fala zmienna, nieregularna. Przechodzimy największy prąd pływowy (wchodzący). Przez jedno szerokie wejście prądy wchodzą i wychodzą do trzech fiordów położonych w głębi. Trafiamy na 500 metrowe przejście między lądem a niedużą wyspą. Ekstremalny odcinek, fala z morza odbita od brzegu, szalejący wiatr w przewężeniu i fala zwrotna, to wszystko dało nam 6 Beauforta. Grzegorz na jednej z łamiących się fal doświadczył zjawiska kawitacji. Wszystkie mięśnie są zaangażowane, nawet te niepotrzebne do wiosłowania. Woda w bukłakach zamienia się w paliwo lotnicze - jak mówi Ptaku. Ludzie zatrzymują się i robią zdjęcia wariatom. Panie i Panowie niskie podpórki ćwiczyć trzeba! Ptaku coś na ten temat wie, w sytuacji w której, jak sam powiedział, zobaczył oczy Boga. Mijamy kolejną zatokę, robimy tratwę i stawiamy wiosła, wiatr skosem w rufę przepycha nas ok. 4 km na cypel, za którym stajemy odpocząć. Zimno, mgliście, wietrznie, pogarszająca się pogoda zmusza nas do zostania na noc. Dostajemy sms-a od Karola, jest przy samochodzie na starcie. Atlantyk nie pozwala na nudę, codziennie mamy inne warunki.
We wtorek rano poprawa pogody, płyniemy przy martwej fali i prądzie odpływowym w zatoce. Po czterech godzinach spotykamy się z Karolem.
Zaczyna się kolejny mglisty i wietrzny dzień. W nocy lało a prognozy na najbliższe dni są mało obiecujące. Grzegorz niestety musi wracać do domu. Karol robi przerwę w  pływaniu. Zostaję ja i Ptaku, ale dwóch do wypłynięcia to za mało jak na tamtejsze warunki. Zapada decyzja, że wszyscy jedziemy do Geirangerfiorden. W Mokenes wsiadamy na prom i po czterech godzinach jesteśmy w Bodo. W ten sposób oszczędzamy ponad 600 km i ok. 12 godzin jazdy. Po północy za miastem stajemy na nocleg, przed stadem komarów ratuje nas mugga.
Kontynuujemy podróż do Trondheim, po drodze żegnamy się z Grzegorzem. Do miasta docieramy w środku nocy. W Trondheim zwiedzamy katedrę i muzeum wojskowe, Ptaku kupuje gwizdek z II wojny, baaardzo jest z niego dumny. W południe ruszamy do Geiranger, po drodze pokonujemy drogę Trolli, trzy przeprawy promowe, most płatny i drogą Orłów o 23.00 docieramy do campu nad Geirangerfiorden.
Od rana piękna pogoda, na miejscu ciepła woda, prysznic, kuchnia - po prostu cywilizacja. Po śniadaniu wypływamy na dwa dni. Fiord robi naprawdę duże wrażenie. Kilkuset metrowe ściany, statki pasażerskie, wodospady i ten kolor wody w słońcu. Przy rozwidleniu fiordów Karol zawraca, a my płyniemy dalej. Pod koniec dnia dopływamy do slipu i drewnianej chaty przyklejonej do zbocza. Jest to drugie miejsce dogodne na nocleg jakie spotykamy przez cały dzień. Bez zastanowienia wychodzimy na ląd, Ptaku nie rozpakował jeszcze kajaka a już stoi z wędką w garści, no i na kolację mamy 10 ładnych sztuk. Przypływają właściciele, którzy mają 150 m powyżej dom, bardzo mili ludzie. Zostawiają nam otwarty strych i po chwili znikają w zaroślach, swoje bagaże do domku transportują wyciągiem linowym. Przygotowujemy sobie ucztę rybną, ale nie jesteśmy w stanie tyle zjeść. Najedzeni leżakujemy na zboczu podziwiając otaczające nas widoki. W pewnym momencie pokazuje się obok nas para delfinów. Pod wieczór Ptaku znowu z wędką i kolejne 11 sztuk, średnio co cztery rzuty ryba. To był piękny dzień.
Niedzielny powrót do campu przebiega w padającym deszczu, przeciwnym wietrze i  fali. Wieczorem wyruszamy do Sztokholmu, przed nami ponad 800 km jazdy. W środku nocy stajemy na nocleg. U Grzegorza jesteśmy ok. 16.00, jedziemy nad jezioro Mälaren na kąpielisko i obejrzeć klubową przystań kajakową. 
Rano Karol wraca od samochodu z wiadomością, że brakuje jednego kajaka a pasy są przecięte. Okazuje się, że to kajak Ptaka. Grzegorz w szoku, my nie dowierzamy, że mogło to się stać, zdenerwowani powiadamiamy Policję. Ptaku – siła spokoju - zarządza przeszukanie okolicznego lasku. Grzegorz odkrywa schowany za garażami kajak przykryty plandeką, zaledwie 200 m od samochodu. Ogromna ulga. Po tych niespodziewanych wydarzeniach wypływam z Ptakiem wokół wyspy Logon, a Karol zostaje na przystani. Wieczorem  w domu Grzegorza spotykamy się w z kilkoma jego znajomymi.
W środę 21-ego we czwórkę wypływamy na dwa dni wokół wyspy Favingso. Pogoda nam sprzyja, woda ciepła, lekki wietrzyk, słonecznie. Na postoju w lagunie Grzegorz łapie dużego szczupaka. Na nocleg zatrzymujemy się przy ładnie zagospodarowanym jeziorze. Nad brzegiem mamy do dyspozycji ławy i grill na którym przyrządzamy szczupaka. Śpimy w letnim tipi kupionym przez Grzegorza w Norwegii. W nocy pada deszcz, a zapalony w tipi znicz powoduje, że robi się ciepło i wychodzimy ze śpiworów. W drodze powrotnej Grzegorz pokazuje nam pozostałości po osadzie Wikingów. Po powrocie zostajemy w przystani i przygotowujemy się od wyjazdu w dniu następnym. Wieczorem przyjeżdża Grzegorz, rozpalamy ognisko.
W piątek 23-ego po śniadaniu odwiedzamy Grzegorza, umawiamy się jeszcze na Wisłę wrześniową, żegnamy się i o 18.00 odpływamy promem do Gdańska.

Przejechaliśmy samochodem  5234 km, przepłynęliśmy w sumie ok. 270 km. Wszystkich wrażeń i odczuć jakich dostarczyły nam zwłaszcza Lofoty i warunki tam panujące na papier przelać się nie da. Chyba każdy z naszej czwórki przyzna, że ta wyprawa dużo go nauczyła a i o sobie też czegoś nowego się dowiedział.
.

Pozdrawiam,  Mariusz "Janosik" Zieliński

 

W galerii zamieszczam kilka zdjęć, resztę można obejrzeć tutaj