Bezpieczeństwo



Drogi Czytelniku,

zachęcamy do przesyłania ciekawych opisów przygód, które będzie można opublikować i przeanalizować na łamach tego działu. Opisy zdarzeń prosimy przesyłać na adres: info@fundacjakim.pl

Uczmy się analizując własne i cudze błędy!

 

 


 

Przypominamy, że spływy po warszawskim odcinku Wisły dobrze jest zgłaszać - mając na uwadze własne bezpieczeństwo - do Komisariatu Rzecznego Policji w Warszawie.
 
Informację należy przesłać faksem pod numer: 22/-603-68-41
wyjątkowo można również zgłosić telefonicznie dzwoniąc:
022-619-90-77 lub 022-619-90-78.
 
Jakie informacje należy przekazać na zgłoszeniu:
- data spływu
- trasa spływu: miejsce i godzina startu - miejsce i godzina przybycia na metę
- ilość osób / kajaków
- organizator: imię i nazwisko, telefon
- druga osoba/ uczestnik spływu: imię i nazwisko, telefon

Jeśli wydarzy się jakiś nieprzewidziany wypadek, podane informacje mogą okazać się bardzo ważne i przyczynią się do skrócenia czasu reakcji Policji lub ratowników WOPR.

Przykładowy wzór pisma z informacją

 


 

Wędkarze zapłacą za helikopter

BYLI UWIĘZIENI NA WIŚLE

 

Koniec akcji, ale nie koniec problemów. Na Wiśle w okolicach Warszawy dobiegła końca akcja ratowania dwóch mężczyzn, którzy wypłynęli łódką na rzekę i utknęli na krze na jednej z wysp. - Wszyscy są bezpieczni. Dwaj rozbitkowie i policjant, który został zrzucony z helikoptera - poinformował Marcin Szyndler z Komendy Głównej Policji. Teraz dwaj nieodpowiedzialni wędkarze zapłacą za akcję ratunkową.

Do incydentu doszło około południa na Wiśle na wysokości Łomianek (woj. mazowieckie). Ze względu na piętrzącą się wokół krę, dostęp do wyspy był utrudniony. Na miejsce dotarł - zrzucony z helikoptera - Paweł Brzeziński z komisariatu rzecznej policji, który dostarczył mężczyznom koce, ciepłe ubrania i gorące napoje. Policjant przyznał na antenie TVN24, że po raz pierwszy od 15 lat służby widzi taki przypadek, by kra uniemożliwiła rybakom wypłynięcie na brzeg.

 

 Trudny dostęp

- Jedyny dostęp do tych mężczyzn jest z powietrza - relacjonował akcję ratowniczą Mariusz Szyndler z KGP. Według policjanta, wędkarze podjęli ogromne ryzyko wypływając w momencie, kiedy na Wiśle płynie kra.
 

Szyndler poinformował, że udało się już szczęśliwie wydostać całą trójkę (dwóch wędkarzy i policjanta) na brzeg. - Czują się dobrze, nie potrzebują opieki medycznej - poinformował policjant.

 

Zapłacą za akcję

Według świadków, cała akcja "odbicia" wędkarzy trwała 20 minut i trwała bardzo sprawnie oraz spektakularnie. – Policja jednak jest sprytna w takich akcjach – przyznał mężczyzna przyglądający się akcji.

 

"Nie przypuszczali, że będą problemy"

Już po wyjściu na brzeg dwaj mężczyźni tłumaczyli się, że "nie przypuszczali, że będą mieli takie problemy z powrotem". Za taką nieodpowiedzialność jednak będą musieli słono zapłacić. Policja właśnie szacuje cenę akcji i z pewnością w niedługim czasie przedstawi pechowych wędkarzom odpowiedni rachunek.

A będzie za co płacić, bo w akcji brały udział dwa helikoptery - jeden zwiadowczy, drugi towarowy.

 

Cały artykuł cytowany z serwisu TVN24.pl gdzie można przeczytać go w oryginale i obejrzeć relację filmową.

 

Zatonięcie kajaka

Przyjechałem do Jastrzębiej Góry na trzy dni. Był koniec kwietnia. Korzystając z okazji postanowiłem przetestować na morzu najnowszy model kajaka grenlandzkiego zbudowanego w technice SOF. Dzień wcześniej, pierwszy raz przepłynąłem tym kajakiem trasę Jastrzębia – Władysławowo – Jastrzębia. Opis

 

Kajaki grenlandzkie, którymi dotychczas pływałem miały inną konstrukcję, umożliwiającą w miarę swobodne poruszanie nogami wewnątrz kajaka dzięki czemu mogłem opuszczać i podnosić kolana podczas przechyłów łódki. Uogólniając, można powiedzieć, że modele którymi dotychczas pływałem miały większą skłonność do wybaczania błędów.

 

Nowy kajak stawiał wyższe wymagania. Jego początkowa stabilność była mniejsza od naszych szkoleniowych Grenlandczyków. Został zbudowany na moją miarę. Już nie musiałem stosować dodatkowych wypełnień, gdyż pomiędzy biodrami a burtą było wolnej przestrzeni na dwa palce. Podczas wchodzenia do kajaka musiałem się trochę pokręcić aby dobrze się w niego wpasować. Pierwsze próby na dłuższym dystansie, utwierdziły mnie w przekonaniu, że łódka przy długości 541 cm, szerokości 48 cm i wadze 16 kilogramów jest szybka i zwrotna. Przy pewnej praktyce łatwo daje się prowadzić w skrętach i podczas serfowania. Nie miałem żadnych problemów ze zrobieniem kilku rodzajów eskimosek. Natomiast opanowania wymagała stabilizacja kajaka, szczególnie gdy przestawałem wiosłować. Wystarczyła niewielka fala przy znikomej prędkości płynięcia i już musiałem asekurować się podpórką niską.

 

Kajak zabrałem zanim Tomasz wyposażył go w worki wypornościowe, dzięki którym łódka staje się niezatapialna. W związku z tym, we własnym zakresie umieściłem w rufie kółka od wózka, na którym przewoziłem kajak. W część dziobową wsunąłem małą bojkę ratowniczą. Stwierdziłem, że to powinno wystarczyć. Przed wypłynięciem w morze nie przetestowałem tego rozwiązania.

 

Uważam, że w tym miejscu warto również wspomnieć kilka słów na temat mojego ekwipunku i ubrania.

1.      nowy kajak grenlandzki (SOF) z substytutami komór wypornościowych

2.      wiosło grenlandzkiego

3.      kamizelka morska, gwizdek, nóż, lusterko, lampka, nosek, zatyczki do uszu

4.      telefon w worku wodoodpornym

5.      rękawiczki neoprenowe

6.      czepek, bluza i long john z aquashell

7.      tuilika z 3 mm neoprenu

8.      wełniane skarpetki i buty neoprenowe

 

Warunki pogodowe: zszedłem na wodę ok. 17-tej. Świeciło słońce wiał wschodni wiatr. Temperatura powietrza wynosiła ok. 16 st.C. Temperatura wody 6 st. C. Przy brzegu na płyciznach ok. 9 st.C. Stan morza 2-3 w skali Beauforta.

 

Wyszedłem w morze i nic nie wskazywało, że czeka mnie dłuższa kąpiel. Trasę Jastrzębia – Władysławowo pokonałem bez problemów choć musiałem dawać sobie radę z nacierającymi falami. Sytuacja była pod kontrola. W miarę płynięcia, coraz lepiej czułem kajak i skakanie po falach zaczęło sprawiać mi przyjemność. W drodze powrotnej, płynąłem z falami i próbowałem trochę serfować, ale bez większych sukcesów. Wiatr się uspokoił więc postanowiłem zrobić kilka zdjęć. Podpłynąłem do bojki, którą rybacy zaznaczają koniec rozstawionych sieci. Morze już tak nie falowało (1-2 B). Położyłem wiosło na pokładzie i wyciągnąłem aparat. W momencie gdy zamierzałem zrobić zdjęcie usłyszałem a następnie poczułem uderzenie fali w bok kajaka. Wszystko wydarzyło się jak na zwolnionym filmie. Klatka po klatce widziałem jak wpadam do wody. Złożyłem się do eskimoski ale ręka odziana w neoprenową rękawiczkę ześlizgnęła się z wiosła a fartuch w niewiadomy sposób zsunął się z kołnierza kokpitu.

 
 
Miejsce, w którym miałem kabinę

 

Chwilę odczekałem i ponownie się złożyłem. Tym razem wstałem jednak brak naciągniętego fartucha sprawił, że kajak podczas manewru w dużej części wypełnił się wodą. Sytuacja nadal była pod kontrola choć kajak stracił już swoją stabilność. Zabrałem się do zakładania fartucha gdy kolejna fala kompletnie zalała mój kajak. Okazało się, że zaczynam tonąć. Spojrzałem w kierunku brzegu – do przepłynięcia był dystans około kilometra.

 
Akcja autoratownicza:
  • Wylanie wody z kajaka zakończyło się powodzeniem ale wejście po kajaku grenlandzkim bez ustabilizowania jego przy pomocy dwóch wioseł okazało się niemożliwe. Po dwóch próbach zrezygnowałem z tej metody gdyż musiałem oszczędzać siły.

Zdawałem sobie sprawę, że woda ma temperaturę 6 stopni a do brzegu mam spory kawałek. Hipotermia pozostawała jedynie kwestią czasu. Zatkałem uszy zatyczkami i poprawiłem na głowie czepek. Ponieważ w trakcie prób wejścia do kajaka zdjąłem rękawiczki postanowiłem je szybko założyć. Okazało się, że rękawiczki, które schowałem pod kamizelkę zostały gdzieś wypłukane. To oznaczało, że musiałem chronić przed zimną wodą nie tylko twarz ale i ręce. W związku z tym, położyłem się na plecach, jedną dłoń oparłem powyżej linii wody o dziób wywróconego kajaka, drugą z wiosłem trzymałem ponad powierzchnią wody. Płynąc żabką na wznak starałem się również trzymać głowę nad wodą – czasami było to trudne, gdyż zalewały mnie fale.

Po kilku minutach płynięcia odzyskałem spokój i wyrównałem oddech. Ponownie sytuacja była pod kontrolą. Świeciło słońce, wiał ciepły wiatr. Nie odczuwałem dyskomfortu termicznego ale było to wynikiem sporej dawki adrenaliny. Ponieważ regularnie pływam na basenie więc nie obawiałem się czy dam radę kondycyjnie dociągnąć kajak do brzegu. Liczyłem jednak, że nie będę musiał sprawdzać w praktyce jak radzę sobie ze skurczem mięśni. Moja prędkość podróżna w kierunku brzegu okazała się satysfakcjonująca. Gdyby jednak sytuacja się pogorszyła postanowiłem, że wyjmę bojkę ratowniczą z kajaka, założę ją na siebie a następnie wykorzystam wiosło do ratowniczego płyniecia. Wiem jaka jest skuteczność takiej techniki ponieważ już ćwiczyłem ją w zdecydowanie trudniejszych warunkach. Jednak nie było to konieczne. Do brzegu dopłynąłem w dobrej kondycji.

Analiza błędów

1.      Nieopływanym kajakiem samotnie odpłynąłem zbyt daleko od brzegu. Gdyby towarzyszył mi drugi kajak, akcja ratownicza zakończyłaby się w ciągu maksymalnie 5 minut. 

2.      Nie sprawdziłem skuteczności substytutów komór wypornościowych. To, że kajak unosi się na wodzie nie świadczy o tym, że uniesie kajakarza. Gdyby w kajaku znajdowały się odpowiednio dobrane komory to bez problemów powinienem dopłynąć do brzegu. Oczywiście, łódka zalana wodą nie jest stabilna, ale próbowałem już tak pływać. Gdybym dodatkowo miał pompę, dzięki której usunąłbym wodę z kajaka sytuacja nie była by tak groźna.  

3.      Brak zapasowego wiosła spowodował, że nie miałem szansy dostać się do kajaka grenlandzkiego po pokładzie. Nawet gdybym miał to wiosło to technikę wejścia do kokpitu przy użyciu dwóch wioseł znam jedynie od strony teoretycznej. Bez ćwiczeń praktycznych była znikoma szansa, że w warunkach bojowych wykonałbym ją prawidłowo.

4.      W kamizelce miałem schowany telefon w worku a nie w obudowie wodoodpornej, której zapomniałem zabrać. Po wyjściu na brzeg okazało się, że suchy worek prawdopodobnie w wyniku używania go podczas zimowych wypraw popękał (zwijanie w niskich temperaturach powoduje mikro pęknięcia) i telefon był zalany wodą. Oznacza to, że nie miałem szansy na powiadomienie SAR-u lub Policji o mojej sytuacji.

  • Postanowiłem wejść pod wodą do kajaka i wstać eskimoską. Dwie próby wejścia do kajaka zakończyły się niepowodzeniem. Trzecia była skuteczna ale zabrakło mi powietrza aby pod wodą założyć fartuch – wpływ niskiej temperatury wody i stresu.  W związku z tym, wstałem z odkrytym kokpitem. Zanim zdążyłem założyć fartuch kajak ponownie wypełnił się wodą i zaczął tonąć. Okazało się, że prowizoryczne komory miały zbyt małą wyporność w stosunku do wagi mojego ciała.  
  • Próby postawienia kajaka przy pomocy podpórki wysokiej ale bez założonego fartucha zakończyły się również niepowodzeniem.
  • Ponieważ  obawiałem się, że wschodni wiatr zacznie znosić mnie od brzegu postanowiłem popłynąć wpław holując kajak i wiosło. Zanim jednak to zrobiłem wylałem wodę z łódki i postawiłem ją na wodzie. Gdy zrobiłem to natychmiast okazało się, że kajak zaczyna pracować jak żagiel i zamiast do brzegu płynę równolegle do niego. Odwróciłem kajak dnem do nieba i chwyciłem się dziobu. Byłem gotów do holowania.